'Cause the feeling makes me weak
Mieszkanie w tak zatłoczonym domu miało zarówno plusy, jak i minusy, których Cedar za nic nie spodziewał się, gdy wybierał najtańsze ogłoszenie z dostępnych na stronie. Odnosił wrażenie, że w tym tłumie łatwo było się schować, uciec niezauważonym, gdy miał dość, a z drugiej strony jeśli czuł się samotny, to zawsze znalazł się ktoś, z kim mógł pogadać. Jak miał fazę na pichcenie, to było komu to zjeść. I tak właśnie było dzisiaj. To pewne Dash tak go rozbił emocjonalnie, że Marlowe zrobił bezglutenowe babeczki marchewkowe, a potem dyniowe, a potem pieczeń w sosie, która teraz stała na upierdolonym we wszystkich składnikach blacie, a on przy stole dziubał widelcem w swojej porcji, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Nawet nie był specjalnie głodny.
Jego przemyślenia o niczym (szczurojadzie) przerwał dźwięk drzwi wejściowych. Od razu odwrócił głowę w tamtą stronę, mając nadzieję, że uda mu się wcisnąć komuś chociaż babeczkę. Dostrzegł... Minnie? Mandy? Nie był pewien, te wszystkie imiona jeszcze mu się mieszały, nie ryzykując więc, że pomyli, rzucił tylko neutralne:
- Cześć. Zrobiłem jedzenie, chcesz? – patrzył na nią niemalże błagalnie, bo to był właśnie ten moment, kiedy nie chciał być sam, nawet, jeśli ich rozmowa miałaby polegać tylko na wymienianiu składników, jakich użył do zrobienia babeczek. Nie miał zbyt wielu znajomych w Lorne Bay, których mógłby na tę ucztę zaprosić, okej. Tak naprawdę był nim tylko Dash, który na jedzenie na pewno by się połasił, ale coś Cedara powstrzymywało przez skontaktowaniem się akurat z nim.
maisie fortescue
heartbreak only means that it was worth it
oh, i think i was doomed before i began
{outfit}
Maisie może i wyglądała na podłą sukę, która codziennie obgadywała za plecami wszystkie swoje koleżanki i od czasu do czasu wciskała ulicznym grajkom rękę do kapeluszy, aby podebrać im pieniądze, ale mało kto wiedział, że kiedy chodziła do podstawówki to był tam taki Paweł, dzieciak z Polski i chociaż zachowywał się strasznie dziwnie, czym odstraszał większość rówieśników, w pewnym momencie udało jej się z nim zaprzyjaźnić – rzecz, którą przez długi czas uważała za swoje największe osiągnięcie życiowe i którą nawet pochwaliła się w liście motywującym do swojego uniwersytetu. Fortescue przez długi czas myślała, że liżący ławki i bijący ściany Paweł został przyjęty do jej bardzo fancy, prywatnej szkoły w ramach akcji charytatywnej czy czegoś takiego, ale okazało się inaczej. Wyszło to na jaw po czasie, a dokładnie w momencie, gdy pewnego dnia Pawła nie było i szkolna psycholog zorganizowała im w klasie warsztaty na temat autyzmu. Choć banda ośmioletnich dzieci słabo zrozumiała tę nazwę, psycholożka wyjaśniła, że Paweł mógł jeść klej, wydawać dźwięki jak syrena policyjna i przez trzy lekcje patrzeć się z otwartą buzią w sufit, i że było to absolutnie normalne, bo „każdy z nas wyraża emocje na swój sposób” (słysząc to, Maisie zapytała, czy ona mogła wyrazić swoje emocje przez rzucenie krzesłem w siedzącą w trzeciej ławce Zoe, na co kobieta bezczelnie odpowiedziała „nie, Maisie, ty nie”).
W każdym razie Fortescue, nieco uspokojona w dziwnych zachowaniach Pawła, przyjaźniła się z nim jeszcze przez wiele lat i wbrew pozorom, ich przyjaźni nie zakończyła jej sława, lecz wyjazd jego rodziny z powrotem do Polski. Po jego wyprowadzce Maisie trochę za nim tęskniła; przez kilka tygodni nawet zostawiała obok siebie wolne miejsce na stołówce, żeby „Paweł mógł usiąść obok duchem” (jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że duch Pawła prawdopodobnie wolałby usiąść pod stołem i porozmawiać z rurą od ogrzewania). Potem jednak życie potoczyło się dalej i autystyczny kolega zsunął się w odmęty jej pamięci, skąd wyciągnęła go dopiero kilka miesięcy temu, kiedy do ich bardzo specyficznego, gejowskiego domu wprowadził się Cedar.
Maisie wolała nazywać go w myślach Pawłem 2.0.
Był miły i w ogóle (przez pewien czas Fortescue nawet próbowała go podrywać, nie wiedząc, czy nie łamie tym samym panujących w ich mieszkaniu zasad), ale jednocześnie bardzo autystyczny. Studiując psychologię, czuła się usprawiedliwiona do jego diagnozy, chociaż nigdy nie wygłosiła mu jej prosto w twarz; podświadomie trochę się bała, że Cedar wpadnie w furię tak jak Paweł, gdy ktoś robił coś, co się mu nie podobało, i miłą atmosferkę panującą w ich domu szlag strzeli. Zachowała więc swoje wnioski dla siebie i starała się być dla chłopaka wyjątkowo miła.
Tego wieczoru, wróciwszy do siebie po intensywnym treningu na siłowni, zobaczyła go siedzącego w kuchni. Wyjęła z torby ze swoimi rzeczami tylko telefon, a potem podeszła do niego energicznym krokiem. Torbę oczywiście zostawiła w przejściu, żeby wkurzyć nią następną wchodzącą do domu osobę.
– Hejka! – zatrajkotała. – A co tam zrobiłeś? – zapytała, zerkając na uwalony absolutnie wszystkim co się dało blat. – O wow – tylko tyle wyszło z jej gardła, gdy wreszcie zobaczyła efekt jego pracy. – Czekasz na jakichś gości czy coś?
Nie mieściło jej się w głowie, że niektórzy ludzie po prostu lubili gotować i robili to z przyjemności.
'Cause the feeling makes me weak
- Sos - odpowiedział krótko, nie bardzo nawet wiedząc, jak nazwać tę potrawę. - Chcesz? Nałożę ci - nie czekając na odpowiedź, wstał i sięgnął po czysty talerz, na który zaraz zaczął nakładać jej pieczone ziemniaczki. - Nie, no... tak zrobiłem. Dla was - całkiem możliwe, że Cedar zwyczajnie znalazł w końcu całkiem sensowny i przyjemny sposób na rozładowywanie emocji, których ostatnio miał nieco zbyt wiele, a do tego nie potrafił ich zrozumieć. To znaczy, zawsze lubił Dasha, łączyła ich bardzo silna więź biorąc pod uwagę to, co razem przeszli - tak w sekcie, jak i już po ucieczce z niej. To przecież niesamowite, że w ogóle im się to udało! Głupio wyszło, że potem ich poróżniła taka szczura pierdoła. Trafienie na tego człowieka po latach było trochę jak wygranie na loterii. Cedar nie chciał zgubić go po raz kolejny, więc próbował być miły i o niego dbać, ale kompletnie nie wiedział, jak, a do tego jakiś dziwny skręt kiszek pojawiający się wraz z myślami o nim i gęsia skórka, gdy go dotykał były bardzo dziwne i coś mu przypominały, ale jeszcze nie potrafił połączyć wątków. No więc to wszystko było takie dziwne!
Toteż zamiast się nad tym zastanawiać, zabrał się za mieszanie w garze, a ponieważ nie miał nikogo, kto by powiedział, że może sobie coś zamrozić i zostawić na później, próbował teraz wcisnąć współlokatorom ten obiad, żeby się nie zepsuł. A w ogóle to może go bardziej przez to polubią. Wiadomo, że każdy chce być lubianym, nawet, a może zwłaszcza, jak jest dziwakiem.
- Proszę - postawił talerz po drugiej stronie stołu, niż sam siedział. - Na deser są jeszcze babeczki. Takie dietetyczne - nie był pewien, czy to Maisie, czy jakaś inna współlokatorka liczyła kalorie, ale uznał, że nie szkodzi zaznaczyć. - Jak ci dziś minął dzień? - zagaił, licząc, że Fortescue zdecyduje się spędzić z nim chwilę czasu, zamiast po prostu zabrać jedzenie do swojego pokoju.
maisie fortescue
Gdyby nie jej teoria na temat jego rzekomego autyzmu, podchodziłaby do niego całkowicie inaczej. Bez dość naciąganej teorii o zaburzeniu, które warunkowało pewne zachowania Cedara, nagle stawał się podejrzanym dziwakiem, co odzywał się nienormalnie rzadko, układał widelce w zmywarce zgodnie ze stopniem ich zabrudzenia (podpatrzyła to u niego trzy razy, więc była już pewna, że właśnie tak wyglądał jego schemat!) i patrzył na wszystkich w sposób, który Maisie potrafiła opisać tylko jako dziki. W Gnieździe mieszkały różne osoby – zarówno mniej, jak i bardziej towarzyskie – ale chyba żadna z nich nie była aż taka nietypowa jak Cedar. Nawet ona sama ze swoimi bardzo prymitywnymi problemami takimi jak odpryskujący z paznokci lakier czy tylko pięćdziesiąt tysięcy lajków pod jej najnowszym zdjęciem na Instagramie pasowała tutaj troszeczkę bardziej niż on.
W tamtym momencie jednak o tym nie myślała. Głowę miała zajętą tym, ile kalorii liczyła jedna porcja tych pieczonych ziemniaków i czy sos zawierał w sobie jakiś pełen glutenu zagęszczacz. Kiedy Cedar wstał, aby zaprezentować jej trochę swoich kulinarnych tworów, Maisie otworzyła usta w celu ugłośnienia protestu, ale ukłucie żalu, które poczuła na widok starannie nakładającego jedzenie na talerz chłopaka było tak zaskakujące i tak bardzo nie w jej stylu, że ostatecznie nie powiedziała nic.
W myślach już zaczęła planować swoje jutrzejsze posiłki. Może jeśli zjadłaby tylko jabłko na śniadanie i potem trochę banana na obiad, wyrównałaby dzisiejszy nadmiar kalorii i nie musiałaby organizować sobie weekendu w centrum handlowym, żeby zaopatrzyć się w o rozmiar większe ubrania? To mogło się udać.
Z nieprzekonanym uśmiechem przysunęła talerz bliżej siebie i wbiła w niego spojrzenie. Bardzo chciała wiedzieć ile właśnie miała przed sobą kalorii, ale wątpiła, żeby Cedar miał o tym jakiekolwiek pojęcie, więc ostatecznie podniosła wzrok na bruneta i zaktualizowała swoją minę do pełnoprawnego, szerokiego uśmiechu.
– Dzięki, serio – powiedziała, po czym chwyciła za widelec i zamoczyła pierwszego ziemniaka w sosie. Gdy Cedar dodał coś o babeczkach, Maisie nagle poczuła się na granicy płaczu. – Och, nie wiem czy wcisnę jakiś deser – powiedziała dzielnie, przysunąwszy sobie widelec do ust. – Mój dzień? – powtórzyła i, ucieszona, że mogła przez chwilę pogadać zamiast martwić się kaloriami i swoją zrujnowaną talią, automatycznie odłożyła ziemniaki z powrotem na talerz. – No wiesz, byłam dziś na uczelni. Uczyliśmy się o… nadmiernym myśleniu chyba. Nie pamiętam, bo musiałam też napisać posta-współpracę na Instagrama i trochę mi to zajęło. – Przymrużyła oczy i westchnęła cicho. Bez asystentki kariera influencerki wydawała jej się strasznie ciężka. – Nadrobię ten materiał później, chociaż… no nie wiem, co ty o tym sądzisz? Nadmierne myślenie brzmi jak nierealny problem. Każdy myśli, co nie? Niby powiedzieli nam, że są ludzie, którzy martwią się cały czas i dosłownie o wszystko. Na przykład że ich samochód rozjedzie. Albo o rachunki. I w ogóle. – Zmarszczyła nos. – A ty? Powiedziałbyś, że dużo się martwisz? – zapytała, częściowo naprawdę zainteresowana, a częściowo przekonana, że jeśli skutecznie odwróci uwagę Cedara to nie zauważy, że nie zjadła ani jednego jego ziemniaka.
'Cause the feeling makes me weak
Uśmiechnął się, gdy Muriel mu podziękowała, ale po chwili mu zrzedła. Przecież specjalnie nie nałożył jej tak dużo, żeby zmieściła jeszcze babeczkę!
- To sobie weźmiesz na później, żaden problem - zapewnił, obawiając się, że jak Marjorie tego nie zrobi, on skończy z płaczem, wpychając sobie wszystkie babeczki do gęby na raz. Zaraz się jednak skupił na tym, co dziewczyna miała do powiedzenia. Uczelnia? To coś dla niego kompletnie obcego, sam przecież nawet nie skończył podstawówki. Cud, że umiał jako tako pisać i czytać, choć przeczytanie książki chyba go jeszcze przerastało. Kto wie, może niedługo odkryje audiobooki!
- A to można nie myśleć? - spytał, marszcząc brwi. To może jednak Dash miał rację i faktycznie miał nierówno pod sufitem, bo on nie umiał. - Mi się tylko zdarza, jak śpię, a i też nie zawsze, ale jak się budzę, to zaraz znów o czymś myślę. I się martwię. Przecież jest mnóstwo powodów, żeby się martwić, to strasznie trudne, żeby tego nie robić - potrząsnął głową. Czyżby przed Maisie właśnie siedział najlepszy przykład zagadnienia przerabianego dziś na zajęciach? Jak już nadrobi materiał, mogłaby nawet poćwiczyć jakieś techniki psychologiczne. Plus tego byłby taki, że Cedara już się chyba nie da bardziej dobić.
maisie fortescue
Jej problem z jedzeniem, a ściślej mówiąc z babeczkami, polegał na tym, że gdy już zaczynała jeść, nie potrafiła przestać. Zwykle spędzała trzy dni pod rząd, żywiąc się owocami, warzywami i jogurtami naturalnym (i przyswajając przy tym liczbę kalorii, które nie wystarczyłyby nawet noworodkowi) i w trakcie tych trzech dób wydawało jej się, że mogłaby w ten sposób przeżyć całe swoje życie. Czuła się jednocześnie głodna i dziwnie dumna ze swojej silnej woli. Ale później nachodził dzień czwarty, który przeważnie kończył jej dobrą passę. Nagle nie wystarczało jej scrollowanie fotografii z jedzeniem na Instagramie; nie potrafiła pozostać obojętna na nęcące zapachy i unoszącą się znad ciepłych dań parę. Ulegała więc, a przez doprowadzenie się do stanu nienormalnego głodu nie potrafiła ograniczyć się do zjedzenia tylko dwóch kanapek czy jednego talerza makaronu.
Jej relacja z jedzeniem była w gruncie rzeczy bardzo prosta: nic albo wszystko. Kiedy w końcu jadła coś normalnego, jej organizm – rozregulowany i przerażony brakiem energii – rozkazywał jej rzucić się na jedzenie i jak najszybciej zaopatrzyć go w niezbędne do przeżycia zapasy. Wtedy zwykle Maisie traciła kontrolę. Potrafiła zacząć od czegoś zupełnie niewinnego, jak trochę ziemniaków czy babeczka, a potem robiły się z tego trzy dokładki, dwa tosty z masłem orzechowym na deser, kilka ciastek, które kupiła któregoś gorszego dnia, mrożona pizza i cały karton soku pomarańczowego, bo przecież kończył mu się termin ważności. Później, kiedy już zwalniała (nie dlatego, że chciała tylko dlatego, że nie mogła w siebie wcisnąć niczego więcej) zostawała z paskudnym uczuciem ciężkości w żołądku, paniką i poczuciem, że zaraz zwymiotuje.
W tamtym momencie, ze stojącym przed nią talerzem pysznego jedzenia, obawiała się, że trochę ziemniaków uruchomi dobrze znany jej mechanizm i straci kontrolę już teraz, a na to nie mogła sobie pozwolić. Był dopiero drugi dzień. Musiała wytrzymać jeszcze jeden. Gdyby zaczęła skracać te cykle, wkrótce żarłaby jak świnia codziennie, a to zrujnowałoby nie tylko jej ciało, lecz całe życie.
Naturalnie więc zamiast kontynuować temat babeczek, postanowiła przekierować ich rozmowę na coś innego.
– Chyba można – powiedziała, bo tak wynikałoby z tego, co powiedzieli jej na zajęciach. – Chociaż ja też częściej jednak myślę niż nie myślę, no bo masz rację – jest tyle rzeczy do przeanalizowania. – Pokiwała poważnie głową. – Na przykład codziennie się zastanawiam co tam u Kylie Jenner. – Wydęła usta w zastanowieniu. Z innymi Kardashiankami-Jennerkami tak nie miała. Kim zajmowała jej myśli tylko od czasu do czasu, a Chloe prawie że nie myślała. Coś musiało w tej Kylie być. – Ale takie zamartwianie się chyba nie jest zdrowe, wiesz? – stwierdziła, patrząc na Cedara krytycznie. Nie dość że miał autyzm to jeszcze nerwicę! – Konsultowałeś się z kimś w tej sprawie? Co cię tak martwi, hm?
Czuła się na siłach, żeby podjąć się swojego pierwszego, prawdziwego questa z psychologii.
'Cause the feeling makes me weak
To tylko dowód na to, jak dużo rzeczy było do przeanalizowania - tu się absolutnie zgadzał z Maddie. Wyłączenie myślenia było niemożliwe.
- To jakaś twoja koleżanka? - spytał, bo oczywiście uniwersum Kardashianek, jak i kilka innych, było mu zupełnie obce. - Nie możesz do niej zadzwonić? - on by pewnie tak zrobił, gdyby był kimś zainteresowany. Dlatego czasem pisał smsy do Dashiella, bo w sumie jeśli już interesowało go, co u kogoś słychać, to najczęściej był to właśnie Newman. Skoro oni mogli się skontaktować, to dlaczego Marcie i Kylie by nie mogły? Może tamta nie miała telefonu? Cedar doskonale wiedział, że Maple miała i często z niego korzystała. Może nie miała numeru koleżanki? A może Kylie już nie chciała z nią rozmawiać, może się pokłóciły? Och, w to nie chciałby wnikać, wiedział, ze dziewczyny potrafią się strasznie kłócić i spojrzenie spod byka i kuksaniec w bok nie wystarczą, by się pogodziły. W tej chwili zaczął żałować, że zapytał, co prawdopodobnie uwidoczniło się na jego twarzy, ale miał nadzieję, ze tylko na chwilę.
Zaraz pojawiła się kolejna rzecz, nad którą musiał się zastanowić, a to było o wiele trudniejsze. Co go martwi? Oczywiście, było tych rzeczy wiele, ale nie miał pojęcia, jak ubrać to w jakieś zgrabne zdanie, tak, by nie zanudzić Marge, ale też powiedzieć jej coś sensownego.
- Noo... zawsze coś się znajdzie, prawda? - zmarszczył brwi, nie wiedząc, którą ścieżką brnąc w to dalej. - Trochę się martwię, że mnie znajdą... no, tacy ludzie, co to nie chcę, żeby mnie znaleźli - czy brzmiał właśnie jak kryminalista poszukiwany listem gończym? - No i że Da... - zająknął się, ale w końcu postanowił dokończyć - ...shiell się na mniej obrazi, albo że znowu ktoś umrze, albo... no wiesz, strasznie dużo rzeczy może się stać - pokręcił głową, a potem sam sobie wepchnął do buzi ziemniaka i kawałek mięsa, i dopchał drugim ziemniakiem, żeby z czystym sumieniem móc się zająć przeżuwaniem i nie palnąć już nic głupiego.
maisie fortescue
W reakcji na pytanie Cedara Maisie parsknęła śmiechem. Takim autentycznym. Nie sztucznym chichotem, jakiego trzymała się przy kręceniu wszystkich rolek na Instagrama czy jakim reagowała na idiotyczne żarty wykładowców z nadzieją, że zapamiętają to jak uroczo marszczy przy tym nos i podczas sprawdzania jej egzaminu z litości dadzą jej pozytywną ocenę, lecz prawdziwym, głośnym śmiechem, od którego zrobiły jej się zmarszczki pod oczami i przez który być może na stół poleciało trochę jej śliny.
– Ojeju – wymamrotała, gdy wciągnęła powietrze do płuc i poczuła, że wreszcie może mówić. – Bardzo bym chciała zadzwonić do Kylie Jenner, serio, ale jeszcze nie zdobyłam jej numeru telefonu.
Cedar na serio był uroczy. Maisie nie wiedziała czy jego pytanie było tylko żartem, czy naprawdę nie wiedział jaką totalnie nieosiągalną gwiazdą była Kylie, ale stwierdziła, że wolała tej zagadki nie rozwiązywać.
Teatralnie otarła dolne powieki z niewidzialnych łez śmiechu i nakazała sobie spoważnieć. Cedar był w potrzebie! Maisie, choć na pozór miała inteligencję emocjonalną zgniłego ziemniaka, widziała to w jego skupionej, niepewnej minie i mimo że nie znali się tak dobrze, postanowiła mu pomóc. Z jakiegoś powodu przecież studiowała tę psychologię, nie? Zawsze powtarzali jej tam, że to była misja. Dzisiaj być może miała okazję po raz pierwszy naprawdę się o tym przekonać.
– Jacy ludzie? – zapytała, z zainteresowaniem nachylając się nad talerzem z ziemniakami. Nie zjadła jeszcze ani jednego z nich i nie zamierzała, ponieważ oto jej priorytetem stały się sekrety Cedara. Kim on w ogóle był? Tutaj wydawał się taki cichy i spokojny, wiecznie tylko coś gotował albo okupował łazienkę, zajmując się czytaniem etykiet szamponów, a jednak z jego słów można było wywnioskować, że był jakimś totalnym bad boyem uwikłanym w mafijne sprawy. – Śledzi cię Yakuza? – zapytała, lekko ściszając głos. Nie chcieli przecież, aby o jego kryminalnej przeszłości dowiedzieli się ich wszyscy współlokatorzy.
Na wzmiankę o jego kolejnym zmartwieniu Maisie wyprostowała się pewnie. Od mafii nie potrafiła go uratować, ale w sprawach sercowych była specjalistką!
– A czemu ten Da-Shiell miałby się na ciebie obrazić? – zapytała, mylnie odbierając jego zająknięcie za informację na temat pochodzenia Da-Shiella. Brzmiał jak jakiś Afroamerykanin. Albo Koreańczyk. Maisie niespecjalnie ich rozróżniała. – Zrobiłeś mu coś? – Może to właśnie on należał do tej Yakuzy?! – I, boże, Cedar, jak to znowu ktoś umrze? – powtórzyła dramatycznie. – Kto umarł?!
Na co dzień to był taki cichociemny i spokojny, a tutaj się okazywało, że skrywał więcej sekretów niż cała reszta ich komuny razem wzięta! Maisie aż pożałowała, że jeszcze nie zaopatrzyła się w żaden profesjonalny notatnik do zapisywania ploteczek i przemyśleń na temat swoich przyszłych klientów, jak prawdziwa psycholog. Kiedyś to ich zapisywanie absolutnie każdej głupoty wydawało jej się idiotyczne, ale teraz już wszystko było jasne. Ona też już ledwo się w tym łapała, a Cedar był jej pierwszym pacjentem!
'Cause the feeling makes me weak
- Kto? - spytał od razu, bo oczywiście instytucja Yakuzy była mu obca, ledwo wiedział, ze Japonia istnieje, ale jeśli słyszał o jakiejkolwiek mafii, to musiała być włoska.
Czemu miałby się obrazić? To bardzo zasadne pytanie, ale tez niezwykle trudne do odpowiedzenia na nie.
- No bo... on jest taki wrażliwy, i czasem się obraża, i ja nawet nie wiem, za co - nie podnosił wzroku, skupiając go na nabitym na widelec kawałku ziemniaka, który intensywnie maczał w sosie. - I mówi, że się czepiam, że na przykład źle składa podkoszulki, albo zostawia kupę jabłka na ogryzku... - Nie dostrzegał, że problem leżał w nim i jego czepialstwie, które każdego mogłoby doprowadzić do szału. Gdyby Maisie udało mu się to uświadomić, mogłaby to uznać za swój pierwszy ogromny sukces w karierze psychologa.
Zanim odpowiedział na kolejne pytanie, musiał się uspokoić. Oczy go zapiekły na wspomnienie spędzonych wspólnie z Dashiellem chwil po ich ucieczce z sekty. I na wspomnienie czasu spędzonego ze swoim sugar daddy'm. Włożył do ust wymęczonego ziemniaka i kawałek mięsa i przeżuwał powoli, jednocześnie całą swoją wolę kierując ku temu, by zapanować nad swoimi reakcjami. Wcale nie chciał płakać.
- No Nathaniel umarł... - odpowiedział, gdy już przełknął, zupełnie tak, jakby Maisie miała okazję go poznać i doskonale wiedziała, kim ten człowiek był. Cedar nie wiedział jednak, jak miałby go nazwać. Nie mogło mu przejść przez gardło, że był jego facetem, chłopakiem (jakim w ogóle chłopakiem, typ był po czterdziestce), partnerem. No ale nazwaniem go sugar daddy'm (o ile w ogóle Cedar był świadom istnienia takiej nazwy) w ogóle nie wyjaśniało łączącej ich relacji i tego, co znaczył w jego życiu. - Był moim przyjacielem - wspaniałe niedopowiedzenie - i pozwolił mi z nim mieszkać, i nauczył mnie mnóstwa rzeczy, i bardzo mi pomógł, jak nie bardzo sobie z czymkolwiek radziłem, i bardzo dużo rozmawialiśmy, o wszystkim... - zaczął wymieniać, nie będąc w sumie pewnym, co tak naprawdę jest istotne w opisie tego człowieka. Oczywiście, teraz też średnio sobie radził z życiem, no ale prawda była taka, że gdy spotkał Nathaniela, był wrakiem człowieka, zarabiającym na życie usługami seksualnymi w najbardziej szemranych uliczkach stolicy. Typ go uratował i prawdopodobnie to dzięki niemu w ogóle jeszcze żyje. Cedar westchnął. To było nawet trochę oczyszczające, tak komuś o tym opowiedzieć, zwłaszcza, że Maisie wydawała się być nawet zainteresowana. Obarczanie tym kogoś wbrew jego woli wydawało się Cedarowi czymś okropnym, czego zwyczajnie wolał nie robić, nawet nie wiedział, czy by tak potrafił.
maisie fortescue
Cedar był uroczo niewinny. Maisie nie wiedziała o nim wiele, ale tego jednego była stuprocentowo pewna. Jako jedyny z całej ich siódemki miał w łazience myjkę do kąpieli (turkusową!), co już samo w sobie dyskwalifikowało go z roli bad boya. Poza tym Fortescue nigdy nie nie widziała go na organizowanych przez innych współlokatorów imprezach (za to bez trudu dostrzegała zapalone światło w jego pokoju sączące się na korytarz przez szparę w drzwiach) i nie słyszała, aby kiedykolwiek podniósł na kogoś głos. Nie, inaczej – właściwie rzadko kiedy w ogóle go słyszała (i dlatego też przez długi czas myślała, że jest głuchoniemy; jego nieobecne spojrzenie w niczym nie pomagało).
– Yakuza to tacy wytatuowani Azjaci, którzy… którzy no… – Wydęła usta. Nie wiedziała właściwie, czym zajmowali się ci ludzie. Kradli samochody? Handlowali organami? Porywali i zabijali ludzi? – Są źli i przeklinają, i mają jakieś szemrane interesy – dokończyła, całkiem zadowolona z tego, jak wybrnęła z tematu. Nie znała się na gangach ani mafiach. Przeczytała w swoim życiu parę książek o zakazanych romansach pomiędzy szefami mafii a jakimiś przypadkowymi kobietami sprzedanymi im przez własnych rodziców czy innych krewnych, ale tak naprawdę mało było tam konkretów. W tego typu literaturze więcej było seksu, bezsensownego grożenia sobie nawzajem bronią, toksyczności i usprawiedliwiania jej chujowymi rodzicami niż konkretnych wyjaśnień, dlaczego akurat ten gang miał zatarg z tamtym. – Ale nie wyglądasz mi na Azjatę, więc chyba to raczej nie Yakuza cię śledzi – kontynuowała, nieświadoma tego, że niektórych myśli po prostu nie warto było ugłaśniać. – Bo, wiesz, oni raczej by cię nie rozpoznali. Czytałam ostatnio, że tak samo jak my mamy problem z rozróżnieniem Azjatów między sobą, tak samo mają oni. Znaczy z białymi ludźmi, a nie ze sobą nawzajem. – Nerwowo zamachała w powietrzu rękami. – To byłoby dziwne. – To bowiem byłoby równoznaczne z brakiem umiejętności rozpoznania własnych członków rodziny czy przyjaciół, a tego sobie nie wyobrażała. Chociaż kto wie, może Azjaci też nie widzieli między sobą żadnych różnic, ale czuli się tym faktem zbyt speszeni, aby cokolwiek powiedzieć, więc od wieków wszyscy udawali, że jest inaczej? Schemat, któremu jeszcze nikt nie odważył się położyć końca. Trochę jak z mężczyznami, którym wmówiono, że musieli być silni i nie mogli płakać.
Słuchała go z poważną miną, od czasu do czasu kiwając głową. To ponoć było ważne, aby zachęcić pacjenta do mówienia i pokazać mu, że miał dla siebie stuprocentową uwagę swojego terapeuty. Tak mówili na studiach i tego też zamierzała się trzymać, chociaż musiała przyznać, że wystarczyła chwila, aby rozbolała ją szyja. Nie wyobrażała sobie robić tego przez siedem godzin dziennie.
– Och. – Jej pierwszym odruchem było nazwanie tego Da-Shiella ocipiałym toksykiem, ale jako aspirująca terapeutka nie mogła wyrażać się w ten sposób. – Słyszę, że to jest dla ciebie bardzo frustrujące – jak tylko wypowiedziała te słowa, kompletnie siebie znienawidziła. Kto się tak, do cholery, wyrażał?! Zawsze mówiła sobie, że będzie fajną psycholożką, która będzie utożsamiać się z problemami swoich pacjentów, a tymczasem brzmiała jak stara, sfrustrowana baba.
Z nerwów w końcu wzięła kęs ziemniaka i wydała z siebie rozanielony dźwięk. Boże, jakie to było dobre!
– Zajebisty ten ziemniak – pochwaliła go, ale szybko zdała sobie sprawę z tego, że powinna teraz skupić się na jego problemie, a nie się obżerać. Odłożyła widelec na talerz i wzięła głęboki oddech. – A co to w ogóle za typ? Jakiś random? Jak tak to niech się obraża. – Wzruszyła ramieniem. – Co cię to obchodzi?
Gdy Cedar wyznał jej, że właśnie zmagał się z żałobą po śmierci swojego przyjaciela, Fortescue złapała się za serce. To znaczy za pierś, pod którą, jeśli wierzyć anatomii, biło jej serce. Fakt, że wciąż miała na sobie obcisły stanik sportowy jednak być może wcale nie nadał jej gestowi takiego wydźwięku, o jaki jej chodziło.
– Jezu, to do bani! – westchnęła i podparła policzek na zaciśniętej pięści. – Strasznie mi przykro, Pa… Cedar. To musiało być okropne. – Nie, żeby wiedziała coś o śmierci, ale widziała przecież umierających ludzi w filmach i czasami nawet zdarzało jej się przy tych scenach płakać. – Zdążyliście się pożegnać? – zapytała. – Bo, wiesz, ponoć domknięcie pewnych spraw jest bardzo ważne. – Znów pokiwała poważnie głową. – Ja nie pożegnałam się ze swoim drugim chomikiem, wiesz? Właściwie chomiczką. Nazywała się Pusia i wszystko było z nią dobrze, aż pewnego dnia otworzyłam klatkę i daszek od jej domku, i połaskotałam ją tak jak zawsze, a ona nawet się nie ruszyła. – Pociągnęła nosem. Za późno zdała sobie sprawę z tego, że za bardzo skupiała się na sobie, podczas gdy to Cedar powinien być głównym tematem ich rozmowy. – Sorki – zreflektowała się. – Wiem, że chomik to nie to samo co człowiek. Powiedz mi coś jeszcze o tym Nathanielu jeśli chcesz. – Najbardziej interesowało ją to, czy był seksi, ale o to przecież nie mogła go bezpośrednio zapytać.
'Cause the feeling makes me weak
- A to nie, to nie oni - pokręcił głową. Berwickowie byli absolutnie biali i nie było mu wiadomo o żadnych zatargach z Azjatami. Sam nie widział w życiu zbyt wielu, więc nawet nie wiedział, czy faktycznie nie potrafi ich rozróżniać, ale postanowił uwierzyć Maisie na słowo. Kiedy rzuciła w niego wyświechtaną formułką, zmarszczył brwi. Oczywiście, nie wiedział, że to jakiś standardowy tekst psychoterapeutów, bo nigdy u żadnego nie był i nawet na filmach nie widział takich sytuacji, mimo to nie za bardzo wiedział, co miałby z tą odpowiedzią zrobić. - No... tak - przytaknął w końcu, bo owszem, frustrowało go to trochę, no ale niby co w związku z tym? Nie dowiedział się tego, jednak dźwięk, jaki wydobyła z siebie Maisie, gdy wgryzła się w ziemniaczka, całkiem odwrócił jego uwagę od frustrujących rzeczy. Jego twarz rozpromieniła się w odpowiedzi na jej zachwyt. Przynajmniej na chwilę, dopóki nie wrócili do przykrych rzeczy.
- Nie, to mój przyjaciel. Chyba - nie był w sumie pewien, jak określić Dashiella, ale wydawało mu się to najodpowiedniejszym słowem. Jeśli kogoś by miał tak nazwać, to tylko Newman jakkolwiek wpisywał się w ramy przyjaźni. Nawet, jeśli przyjaciele nie kradną szczurów i nie zostawiają na pastwę losu i samotności. Z drugiej jednak strony, Nathaniela też nazwał przyjacielem, a jednak wydawało mu się, że ta relacja była zupełnie inna. Zaczęła się od seksu i skończyła na zauroczeniu, podczas gdy Dashiell był w jego życiu przez wiele lat i jakakolwiek intymność przyszła dopiero później.
Pokiwał głową, bo oczywiście, tak, to było okropne. Zamknął na chwilę oczy i, próbując pozbyć się z głowy widoku chorego Nathaniela. Ziemniaczki ugrzęzły mu w gardle. Z trudem je przełknął, ale czuł tam taką gulę, że przeszła mu cała ochota na jedzenie. Całe szczęście, że Maisie zaczęła opowiadać o swoim chomiku. Chyba tylko to go uratowało przed całkowitym rozklejeniem się.
- Pożegnaliśmy się, ale czasem myślę, czy nie lepiej byłoby, jakby umarł szybko i nie cierpiał. A tak to bardzo cierpiał i nikt mu nie potrafił pomóc, a ja nawet nie umiałem się nim zająć - całe szczęście, że typ ociekał hajsem, to chociaż sobie zawczasu ogarnął miejsce w jakimś prywatnym ośrodku. - Och, był bardzo miły. I cierpliwy. To on mnie uczył gotować, na początku byłem w tym kompletnie beznadziejny, a potem to już tylko ja nam robiłem obiady i się śmiał, że to miły dodatek, którego się nie spodziewał, gdy mnie przyjmował pod swój dach. I miał duże i ładne mieszkanie, takie z czerwonymi cegłami na ścianie. Czasem jak miał wolny weekend, to zabierał mnie na wycieczki za miasto, albo do muzeów. Były trochę nudne, ale on bardzo dużo wiedział i często znał jakieś ciekawostki - niestety żadnej nie był sobie w stanie teraz przypomnieć, choć wówczas spijał słowa z jego ust niczym pszczółka nektar z kwiatów. Może nie chodziło o to, co mówił, ale jak to mówił? Z zapałem i pasją, jakiej Cedar nigdy nie doświadczył w domu Berwicków. Pasja proroka do straszenia ich apokalipsą i wysyłania do lasu, by walczyli o przetrwanie były zupełnie czymś innym.
maisie fortescue
Teatralnie głośno odetchnęła z ulgą i szybkim ruchem dłoni sprawdziła, czy jej czoło nie pokryło się jakimiś obrzydliwymi kropelkami wywołanego stresem potu. Na szczęście dzięki swojej manii pudrowania się co czterdzieści pięć minut, wciąż wyglądała nienagannie. Nie zniszczył tego nawet chwilowy niepokój wywołany możliwością spotkania pierwszego stopnia z Yakuzą.
Oto jednak musiała zmierzyć się z kolejnym problemem. Ściślej mówiąc: Cedarem, który był zbyt niewinny i miły, aby na głos przyznać, że ten cały Da-Shiell był jakimś skończonym toksykiem, na którego nie warto tracić czasu. Głowiąc się nad tym, jak przekonać go do kompletnego ucięcia kontaktu, nieświadomie zjadła jeszcze trochę nabitego wcześniej na widelec ziemniaka. Ciężka sprawa. Ponoć jako terapeutka nie powinna udzielać swoim pacjentom żadnych konkretnych rad, a przynajmniej te mądrale z uniwersytetu twierdziły, że było to nieetyczne, ale skoro tak to niby co miała mu powiedzieć?
– Chyba? – powtórzyła więc, lecz nie zapytała go już o nic więcej. Postanowiła skupić się na tym, co umarł. O nim Marlowe chyba i tak miał więcej do powiedzenia.
Słuchała go uważnie, a pod koniec jego historii sama prawie miała łzy w oczach. Niekoniecznie przez to, że Nathaniel umarł, bo nie znała typa (oczywiście niech mu ziemia lekką będzie i takie tam; Maisie miała nadzieję, że przeżył całkiem miłe życie). Ukłucie, które poczuła w swojej klatce piersiowej raczej narodziło się z myśli, że skoro Cedar tak miło wspominał to, jak ktoś uczył go stania przy garach albo zabierał go na wycieczki do nudnych muzeów, musiało być to jedno z jego najmilszych wspomnień, a jeśli tak było – co to mówiło o reszcie jego życia? Maisie nie wiedziała o nim wiele, ale nawet mimo bycia jedną z gorszych studentek na roku zdawała sobie sprawę z tego, że coś pod tą jego kopułą nie było do końca w porządku. Mało mówił, często gapił się w podłogę i spędzał swój wolny czas na gotowaniu. To mówiło samo za siebie. Fakt, że bał się odnalezienia przez jakichś złych ludzi, i że był przy śmierci jakiegoś Nathaniela, który przygarnął go do swojego domu jak porzuconego na ulicy psa, wcale nie nadawał mu normalności.
– Jezu, Cedar – westchnęła znowu, przekrzywiając głowę. Ze wszystkich tych emocji nawet nie zwróciła uwagi na to, że zawibrował jej telefon, a był to sygnał, który budził ją nawet w środku nocy. Tak bardzo czekała na follow od Rihanny albo przynajmniej Lady Gagi. – To chyba jednak gorsze niż śmierć Pusi – przyznała, jak gdyby brali udział w jakimś konkursie na największą tragedię życiową. – Ale jeśli byłeś z nim do samego końca i wiedziałeś, że umrze to… to brzmi strasznie traumatycznie – stwierdziła z powagą i być może były to pierwsze i jedyne mądre oraz sensowne słowa wypowiedziane przez Maisie Fortescue. – To chyba wykracza poza moje kompetencje – dodała zaraz. – W sensie chcę cię słuchać, jeśli jest jeszcze coś, o czym chciałbyś mi opowiedzieć, ale tak sobie pomyślałam, że może poszedłbyś do jakiegoś prawdziwego psychologa? – zaproponowała, krojąc sobie kolejnego ziemniaczka. – Mogę podpytać moich wykładowców o jakiś kontakt. Bo żałoba to jest chyba coś takiego, z czym mało ludzi radzi sobie w pojedynkę, wiesz? – Jeśli dobrze pamiętała, ona sama po śmierci swojego chomika poszła na jedną czy dwie sesje z jakąś miłą terapeutką. Teraz też chętnie zapłaciłaby komuś, żeby spokojnie potrajkotać mu o swoich problemach, ale niestety znalazła się w tym momencie swojego życia, w którym musiała zadecydować, czy wolała nowy tusz do rzęs, czy zdrowie psychiczne. Wybór był oczywisty.

