pielęgniarka na bezrobociu — lorne bay
26 yo — 162 cm
Awatar użytkownika
about
Gimme all your love, all your tears
All the hate you feel
Gimme all your love, your pain, your thrill
Gimme all your memories, melodies, remedies now
Velvet nie była jakąś zakupoholiczką i nie było też tak, że uwielbiała łazić po sklepach i coś oglądać, ale jak już trzeba było zrobić zakupy, nawet te podstawowe, to lubiła sobie pochodzić po supermarkecie powoli i w spokoju. Zawsze coś wtedy wyhaczyła fajnego i mogła sobie wymyślać i planować, co przygotować na obiad, obejrzeć rodzaje kaw czy poczytać składy kosmetyków.
Ale od jakiegoś czasu nie dało się zrobić zakupów w spokoju. Głównie dlatego, że nie chodziła na nie sama.
Ten dzień w ogóle był jakiś taki w biegu, może nawet w locie. Cavendish miała wrażenie, że z niczym nie wyrabia, a do tego całe otoczenie jakby robiło jej na złość. Jednak analizowanie tych wszystkich sytuacji, roztrząsanie ich i marudzenie do samej siebie, jak to dzisiaj jest pod górkę, zmarnowałoby tylko jej czas i nic by z tego nie wynikło oprócz zepsutego humoru. Lepiej było po prostu robić swoje, realizować plan na dany dzień, nie zwracając uwagi na poślizg czasowy czy inne drobne trudności.
Miała wyskoczyć do sklepu po trochę podstawowych rzeczy, koniecznie w czasie gdy Theo będzie w żłobku. Telefon Velvet zadzwonił, gdy zamykała drzwi mieszkania, więc zamiast pojechać na te zakupy samotnie, musiała skręcić do placówki i odebrać chłopca, który podobno kaszlał podczas drzemki. Parę ładnych inaczej słów wymruczała sobie pod nosem, ale naprawdę starała się nie denerwować zbyt bardzo. Po prostu pojechali do supermarketu we dwójkę.
Parking był zawalony i Velvet zastanawiała się, czy to dzień matki boskiej pieniężnej, czy o co chodzi. Dziwne było też to, że pora również nie należała do tych typowo zakupowych, w końcu większość ludzi powinna siedzieć w pracy. Po przejechaniu wszystkich alejek dopiero na szarym końcu znalazła dwa miejsca parkingowe. I pewnie mogłaby stanąć na środku, nikim się nie przejmując, a jednak jakoś odruchowo spróbowała zaparkować w miarę poprawnie, aby zmieścić się pomiędzy liniami i jeszcze zostawić sąsiadowi możliwość otwarcia drzwi, bo kierowca chyba właśnie miał jakiś problem z parkowaniem i stanął dosyć krzywo. To sprawiło, że i Velvet zaparkowała z jednej strony na linii albo minimalnie za nią, a jeszcze musiała szeroko otworzyć drzwi, aby wyciągnąć dziecko z fotelika.
Wyszli mniej więcej godzinę później, Velvet umęczona, a Theo zadowolony, bo w dłoni dzierżył resoraka. Po pokonaniu całego parkingu i dotarciu do samochodu okazało się, że ktoś wcisnął się autem na to niepełne miejsce obok nich. Kiedy wysiadała z samochodu, liczyła na to, że nikomu nie przyjdzie do głowy, aby się tam wciskać. No i się przeliczyła. Powstrzymała się jakimś cudem, żeby nie rzucić kilkoma kurwami, bo nie powinny tego słuchać młodociane uszy, których właściciel z chęcią zacząłby powtarzać nieodpowiednie słowa.
Ale jak niby miała teraz wsiąść do auta? Gdyby była sama, to spoko, jakoś by się zmieściła. Mogłaby też spróbować od strony pasażera i przecisnąć się w ten sposób. Wsadzenie jednak dziecka do fotelika w obecnej chwili było niemożliwe. Wściekanie się w tym momencie nie miało jednak sensu, więc zamiast kombinować, po prostu powoli poprzekładała wszystkie zakupy ze sklepowego wózka do bagażnika, myśląc, że w tym czasie właściciel sąsiadującego pojazdu akurat nadejdzie. Velvet rozmyślała też nad tym, czy jak pójdzie do ochrony, poda numery rejestracyjne pojazdu, to pracownicy będą tak uprzejmi, by wywołać niezbyt rozgarniętego kierowcę, aby po prostu wyjechał i umożliwił jej otwarcie drzwi samochodu. Stanie przy aucie i czekanie było bez sensu, mogła przecież tak czekać nawet godzinę.
I już w sumie zawróciła wózkiem, żeby wykonać ten plan (choć ani trochę jej się nie uśmiechało gnać przez cały parking), gdy dostrzegła kogoś idącego w jej stronę. To oczywiście mógł być właściciel jakiegoś innego auta, czy to stojącego dwa miejsca dalej, czy nawet trzy. Ale światła w sąsiednim aucie zamigotały, co oznaczało, że jednak jest to ten durny kierowca, który Velvet zastawił. Miał pecha, bo naprawdę miała gorszy dzień i się w niej teraz zagotowało, choć mogłaby odpuścić, po prostu odprowadzić wózek pod wiatę, a po powrocie mogłaby już normalnie wsadzić Theo do samochodu. Odczekała to pół minuty, aż mężczyzna zbliżył się na tyle, aby usłyszeć, co Velvet ma mu do powiedzenia.
Nie uczyli cię na kursie, że na parkingu należałoby zostawić miejsce od strony kierowcy, aby inni też mogli otworzyć drzwi? – odezwała się wyraźnie zirytowanym tonem. – Wszystkim się wydaje, że są na drodze najważniejsi! Naprawdę, wypadałoby czasami zacząć myśleć! – Być może trochę się zapędziła, mogła to zrobić delikatniej, bardziej kulturalnie zwrócić uwagę, skoro już się zdecydowała odezwać. Ale naprawdę była zła. Zła i zmęczona. I zrezygnowana. I znowu marnowała czas. A do tego Theo zaczynał marudzić. Chociaż w sumie i tak Velvet wykazała się względną kulturą, nie potrafiłaby być aż tak chamska, by powiedzieć komuś, że jest bucem i chyba wylosował prawo jazdy w chipsach.
Wcześniej patrzyła pod słońce i z pewnej odległości. Dlatego dopiero gdy skończyła mówić i oboje stali już względnie blisko siebie, bo przy samochodach, zauważyła, na kogo trafiła i kogo właśnie przyatakowała.
No zajebiście.
rory chandler
powitalny kokos
:)
brak multikont
zastępca redaktorki naczelnej / grafik — THE CAIRNS POST
29 yo — 185 cm
Awatar użytkownika
about
Wyjechał na studia dziennikarskie w pogoni za marzeniami i gdy był już u ich bram, musiał wrócić do miasta z powodów rodzinnych.
#2

Rory nienawidził zakupów. Jak musiał podjechać do sklepu i coś kupić to dostawał na tym punkcie gorączki. Praktycznie wcale nie gotował, bo jechał na diecie pudełkowej. Mimo to czasami musiał kupić kilka innych rzeczy potrzebnych do mieszkania, takich jak np. papier toaletowy, płyn do mycia naczyń i tego typu rzeczy.
Oczywiście, że miejsca takie jak to rządzą się swoimi prawami i nigdy nie wchodzisz do sklepu po kilka rzeczy. Tym razem było podobnie i plan na szybkie, maksymalnie dziesięcio-minutowe zakupy spalił na panewce. Przechadzał się między regałami licząc na to, że wpadnie mu do głowy pomysł na coś, czego jeszcze potrzebował. Miał dziś kupę czasu, bo rzeczy, które musiał zrobić do pracy mógł spokojnie wykonać we własnym mieszkaniu. Poza tym uznał, że skoro już wybrał się do sklepu to zrobi te zakupy raz, a porządnie. Kupił dużo czipsów, bo przecież zaczynały się finały NBA, a jako wielki fan Dallas Mavericks nie mógł opuścić żadnego meczu. Znalazł promocję również na piwo, więc szybko zwykły ręczny koszyk musiał zamienić na duży wózek zakupowy. W ten oto sposób, przez kilka dupereli zostawił w markecie dużo pieniędzy, o wiele za dużo.
Jeszcze przed kasą spotkał jednego z kumpli z redakcji, z którym zamienił kilka słów. Panowie nie widzieli się długi czas, ponieważ jego znajomy był na dość długim urlopie. Faceci, jak to oni zamienili kilka słów o laskach, o przyszłych finałach NBA i tak zleciało im kilkanaście kolejnych minut. Na szczęście jeden z nich musiał już uciekać i panowie umówili się na jakiś konkretny termin. Po prostu na pogaduszki.
Wyszedł z reklamówkami zakupów, których nawet się nie spodziewał, bo miał kupić tylko kilka potrzebnych rzeczy. Zawsze tak jest, że wychodzisz po pierdołę, a wydajesz kupę kasy. Tak właśnie działały takie hipermarkety. Duże cenówki i banery, które zawsze skuszą.
Koło jego samochodu stała jakaś blondynka wraz z dzieckiem. Przeszedł obok niej praktycznie bez słów, bo nie spodziewał się żadnej interakcji. Nawet nie przyjrzał jej się w ów momencie, bo po prostu nie był zainteresowany Dopiero gdy ta zaczęła coś do niego mówić, odwrócił głowę przez ramię i nawet nie skupiając się na jej twarzy wysłuchiwał obelg w swoim kierunku. — Nie było tu miejsca do zaparkowania, więc musiałem się jakoś wcisnąć. Poza tym nie panikuj, zawsze mogłaś wejść przez bagażnik — zaśmiał się pod nosem, po czym trochę lekceważąco otworzył bagażnik do którego zapakował wszystkie swoje zakupy. Dopiero po zamknięciu klapy spojrzał na dziewczynę i doznał szoku. Przecież była to bardzo dobrze znajoma mu buźka. Oparł się tyłkiem o bagażnik swojego auta i z aroganckim uśmieszkiem powiedział. — Nic się nie zmieniłaś, Cavendish — pokręcił głową, a z jego głupkowatej twarzy nie schodził uśmieszek nawet przez sekundę. Miał ten plus, że na jego nosie były okulary i dziewczyna w żaden sposób nie mogła ocenić tego, że brunet lustruje ją wzrokiem. Ją i dziecko, na widok którego był delikatnie zszokowany.
To Twoje? — uniósł okulary tak, aby lepiej przyjrzeć się dziecku — W ogólne nie podobne — zaznaczył, chcąc wbić jej lekką szpileczkę. Oczywiście nawet nie analizował czy to dziecko jest do niej podobne, czy nie. W sumie to dawno się nie widzieli, a od ich ostatnich wspólnych chwil minęło już kupę czasu, więc może faktycznie Velvet była w szczęśliwym związku, a co za tym idzie również posiadaczką cudownego potomstwa.

velvet cavendish
powitalny kokos
pazik
brak multikont
pielęgniarka na bezrobociu — lorne bay
26 yo — 162 cm
Awatar użytkownika
about
Gimme all your love, all your tears
All the hate you feel
Gimme all your love, your pain, your thrill
Gimme all your memories, melodies, remedies now
Mało kto lubi bezpośrednie konfrontacje i gdyby Velvet była w lepszym nastroju, to pewnie by odpuściła. A gdyby do auta podeszła jakaś starsza osoba albo mamuśka z dzieciakami, to pewnie zrobiłoby jej się głupio, że na kogoś naskoczyła i wyrzuca swoje frustracje, zamiast kulturalnie zwrócić uwagę. Kiedy jednak zobaczyła, że to Chandler, od razu poczuła się rozgrzeszona. Jakoś nie miała nigdy wyrzutów sumienia, że akurat dla niego jest niemiła, być może dlatego, że podświadomie wiedziała, że może taka być i nie zaboli go to jakoś specjalnie.
Inna rzecz, że zdecydowanie nie spodziewała się go spotkać. I że chyba naprawdę miała pecha tego dnia, bo mimo jakiegoś tak przyzwolenia na nieuprzejmość to wcale nie było tak, że miło go było zobaczyć. Niekoniecznie miło, bo parę rzeczy momentalnie wróciło do głowy i w Velvet pojawiła się zwyczajna niechęć. Ale przynajmniej nie złość, bo to już przepracowała. Może jedynie odrobina żalu gdzieś tam się w niej tliła.
Tak, jasne, ja mam mieć utrudnienia, bo ktoś inny jest wygodnicki – prychnęła.
Gdyby się uparła, to przecież weszłaby od strony pasażera, niekoniecznie przez bagażnik, choć i tamtędy by się pewnie zmieściła, do zbyt dużych ludzi nie należała. Theo jednak nie był na tyle kumaty, by poczekać spokojnie obok, aż Velvet się wpakuje za kierownicę i wyjedzie, aby móc go wsadzić do fotelika. Może jak będzie miał ze cztery lata, to załapie, w tym momencie był zbyt mały, by go spuścić z oka.
Mogłabym powiedzieć to samo. Taki sam dupek jak kiedyś – rzuciła, bo faktycznie zachowywał się tak samo, jakby się wcale nie zmienił, choć w zmiany w rzeczywistości nie wątpiła. Velvet też się zmieniła, zbyt dużo rzeczy ją spotkało, by zostać takim samym człowiekiem. Zresztą każdy z wiekiem ewoluował. Wizualnie również, bo zdecydowanie nie wyglądała już jak nastolatka, a równocześnie nie wyglądała też jak stateczna kobieta.
Tak tylko powiedziała cokolwiek, żeby się odgryźć, choć jak tak patrzyła na Rory’ego przez kilka chwil i porównała aktualny obraz do flashbacków z jej głowy, to też przecież wyglądał teraz inaczej. Velvet poczuła się jakoś tak dziwnie nieswojo, tylko nie wiedziała dlaczego. Nie byli już nastolatkami.
A co cię to interesuje? – Odruchowo przesunęła wózek za siebie, aby zasłonić sobą chłopca. – Na szczęście twoja opinia na ten temat niespecjalnie mnie obchodzi – dodała. Co to w ogóle był za tekst? Nawet gdyby to był jej syn, to niespecjalnie by się przejęła, gdyby ktoś go uznał za niepodobnego do niej. To faceci zwykle mieli z tym problem, działało im to na ego czy coś. Matki miały pewność, że dziecko jest ich, faceci nie, pewnie dlatego chcieli, aby było do nich podobne. – Może zamiast tu sterczeć i wygadywać pierdoły ruszysz dupsko i wyjedziesz? A najlepiej pojedź od razu na kurs parkowania.
Nawet nie wiedziała, o czym jeszcze mogliby dyskutować. Nie była to przyjemna pogawędka ze starym znajomym ze szkoły, nic więc dziwnego, że Velvet niespecjalnie chciała to ciągnąć. Nawet jeśli nadal się na tego Chandlera przyjemnie patrzyło.
Szlag. Czemu w ogóle o czymś takim pomyślała?

rory chandler
powitalny kokos
:)
brak multikont
ODPOWIEDZ