ARCHITEKTKA / PODCASTERKA TRUE CRIME — QUEENSLAND'S ARCH-DEVELOPMENT
28 yo — 157 cm
Awatar użytkownika
about
Siostra Milo. Całe dzieciństwo i lata nastoletnie mieszkała w Tingaree. Później wyjechała na rok do Hongkongu. Później wróciła studiować na University of Queensland. Następnie mieszkała przez parę lat w Port Douglas, aż wreszcie dwa lata temu zamieszkała znowu w Lorne Bay. Jest architektką, a po pracy prowadzi podcast true crime, więc jeśli wspierasz ją na Patronaite to zapewne jest Ci wdzięczna i dziękuje w każdym odcinku.
13

Nie miała paranoi, jak zarzucił jej całkiem śmiało jeden z funkcjonariuszy przyjmujący jej zeznanie na temat nękania telefonicznego. Nie miała paranoi, jak zarzucano jej w wiadomościach prywatnych na Instagramie, kiedy dość jednoznacznie zaznaczyła na story, że nosi ze sobą gaz łzawiący i przypomniała, że współczynnik napaści na kobiety jest nadal bardzo wysoki. Nie miała paranoi, jak to sama sobie nieustannie powtarzała każdego dnia, by nie dać się przy okazji zwariować. Mabel uważała wręcz, że ma prawo do obaw, skoro jakiś czas temu do Cairns przeprowadził się niedawno osadzony mężczyzna, którego dość niesłusznie – a może i nie? – osądziła w swym podcaście jako winnego. To mógł być tylko niefortunny i nieoczekiwany zbieg okoliczności, ale przy tym wszystkim – przy całym hejcie i krucjacie wymierzonej jej w internecie – Mabel ciężko było uwierzyć w przypadek.
Obecnie wiedziała lepiej, że powinna posługiwać się zwrotami takimi jak „domniemany…”; „oskarżony”; albo „zasiadający na ławie oskarżenia”. Ale wówczas, gdy jej podcast zaledwie raczkował, a ona zbytnio zaangażowała się w sprawę, która niebezpiecznie zbliżała się do miana „sprawy odbieranej zbyt personalnie”, Mabel tak naprawdę zapomniała o tym, że być może powinna wszystkie informacje podawać bardziej na chłodno. Przeprosiła na socialach i w podcaście za swoją postawę. Wydawało jej się, że wystosowała poprawne sprostowanie.
Z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. Głównie dlatego, że nie spała zbyt dobrze. Początkowo myślała, że ma to związek z tą całą uzgodnioną przerwą z Adamem, ale tak naprawdę wszystko się w niej nasiliło. Adam. Jego jeszcze-nie-była żona. To nękanie telefoniczne i list. Research do nowych spraw. Nagrywanie odcinków po nocach. Nieudana randka z Tindera. Wszystko sprowadzało się do tego, że Mabel czuła się przebodźcowana.
Przede wszystkim jednak z powodu Adama, Mabel nie bawiła się zbyt dobrze na randce z Tindera. Właściwie – początkowo wcale nie zamierzała się na taką wybierać. Odpaliła aplikację, bo chciała z kimś poflirtować bez zobowiązań. I trafił się Wren, który nie tylko był przystojny – kilka razy trochę za długo przyglądała się jego postaci na zdjęciach – ale również zabawny i wydawał się być w porządku gościem. Ba! Mabel podejrzewała, że to wyłącznie z jej winy ta pierwsza randka okazała się takim niewypałem. Przynajmniej w jej odczuciu.
I fakt, że drugie spotkanie nie było takie czysto towarzyskie i ponownie Mabel miała sobie wiele do zarzucenia, ale tym razem przynajmniej postanowiła nie zwiać po dwóch drinkach.
Zwłaszcza, że tym razem umówili się na kawę, którą prawie na siebie wylała, gdy siadała przy stoliku, który zajmował już Wren. — Ekspedientka powiedziała, że to dla ciebie. Na koszt firmy — dorzuciła, stawiając przed nim talerzyk z brownie i dyskretnie wskazując na młodą dziewczynę przy kasie, która wręcz spojrzenia nie mogła oderwać od mężczyzny. Mabel uśmiechnęła się bardzo wymownie, przesuwając talerzyk w jego stronę.
Wren Rhodes
Prawnik — FITZGERALD & HARGROVE
31 yo — 182 cm
Awatar użytkownika
about
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
#14

Każda osoba ma sprawy sobie szczególnie bliskie, z różnych powodów w swojej pracy. Nie zawsze musi się to wiązać z byciem podcasterem, on również spotykał takie osoby na swojej drodze. Czasem ciężej było mu czytać akta swojego klienta, czasem to rozmowa robiła na nim większe wrażenie. A był tylko facetem, prawnikiem który tak naprawdę krzywdę oglądał, lub słyszał o niej zdecydowanie za często. A jednak czasem go ruszało. Tłumaczył to sobie tak, że jest człowiekiem i ma emocje. Może nie tak dobrze rozwinięte jak kobiety, bo one wiadomo, są o wiele bardziej emocjonalne, co nie koniecznie było ujmą, ale ma. Może w związku z tym, tak często słyszał o różnych sprawach sądowych, nie tylko kryminalnych, wcale nie interesował go temat true crime. Może nie słuchał za wiele podcastów i audiobooków, zdecydowanie bardziej wolał oglądać Masterchefa, tłumacząc się tym, że uczy się gotować. Czy tak faktycznie było? No raczej wątpliwe, ale przynajmniej wymyślał, na jakie przepisy może zerknąć w przypadku głodu. Choć dalej uważał, że dla jednej osoby to szkoda gotować.
No bo był jedną osobą. Nie narzekał na brak znajomych - w pracy miał zawsze do kogo otworzyć usta i nawet umówić się na piwo po pracy, tam też przebywał non stop w towarzystwie ludzi, jednak to nie było to. Nie były to przyjaźnie, nie były to osoby, z kim można rozwalić się na kanapie po ciężkim dniu i obejrzeć głupi film. Znajomych spoza pracy miał, ale jak każdy w okolicach trzydziestki na nadmiar wolnego czasu nie narzekali. To było dla niego problemem, ostatnio czuł się samotny. Więc gdy już jego sąsiadka dla żartu założyła mu tindera, wcale nie odinstalował go z prędkością światła. Przeprowadził tam parę ciekawych rozmów, nawet spotkał się z kilkoma dziewczynami, ale zdecydowanie z żadną nie zaiskrzyło. Nawet na tyle, aby potraktować ją jako dobrą kumpelę, bo wiadomo, z miłością to tak łatwo nie jest.
Nie inaczej było, gdy już w końcu namówił Mabel na spotkanie. Nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi. Po prostu nie kliknęło, jego żarty nie były dobrze odebrane, a brakowało im tematów do rozmów. Nie, żeby się bardzo do niej zraził, nawet odezwał się do niej po spotkaniu, lecz znów, nie było chemii.
Dlatego bardzo się zdziwił, gdy ta mu zaproponowała spotkanie. Jednak brunetka nie podpadła mu na tyle, aby odmówić. Coś tam wspomniała, że ma do niego sprawę, ale nie oszukujmy się, nie odmówiłby jej. Może raz, czy dwa by jej coś wypomniał, oczywiście w żartach, lecz mógłby być niezrozumiany i pierwsze spotkanie skończyłoby się gorzej niż pierwsze.
-Od niej? Czy od Ciebie?-zapytał, obracając się na swoim fotelu, by spojrzeć na rzeczoną ekspedientkę, która sprezentowała mu pyszne ciasto. Lubił czekoladę, więc taki wybór nie był zły. -Nieważne. Chcesz sprawić, że będzie nieco zazdrosna od Ciebie?-zapytał, choć sprawianie ludziom przykrości nie do końca było tym, co było jego wielkim hobby. Jednak albo Mabel zapewniła ją, że nie są z Wrenem na randce, albo na odległość było widać, że pasują do siebie jak pięść do nosa. Nie czekając na odpowiedź młodej kobiety, ukroił kawałek ciasta widelczykiem i zbliżył go do ust Fairweather. On totalnie nie miał nic przeciwko temu, aby się dzielić jedzeniem, daniem, próbować czegoś z cudzego talerza, dlatego nawet nie pomyślał, że Mabel mogłaby się tym brzydzić.
-No dobrze, żarty na bok. Mówiłaś coś, że masz do mnie sprawę?-powiedział, siadając wygodniej na fotelu. Szczerze? Ciekawość go zżerała od środka. Nie był aż tak próżny, aby sądzić, że to jego urok osobisty, albo typowa australijska fotka z dużą, złowioną rybą, która skłoniła Mabel, aby się do niego odezwać.

mabel fairweather
ARCHITEKTKA / PODCASTERKA TRUE CRIME — QUEENSLAND'S ARCH-DEVELOPMENT
28 yo — 157 cm
Awatar użytkownika
about
Siostra Milo. Całe dzieciństwo i lata nastoletnie mieszkała w Tingaree. Później wyjechała na rok do Hongkongu. Później wróciła studiować na University of Queensland. Następnie mieszkała przez parę lat w Port Douglas, aż wreszcie dwa lata temu zamieszkała znowu w Lorne Bay. Jest architektką, a po pracy prowadzi podcast true crime, więc jeśli wspierasz ją na Patronaite to zapewne jest Ci wdzięczna i dziękuje w każdym odcinku.
Nie była pewna czy to w porządku, by – umówmy się – na całkiem obcą osobę rzucać taki kaliber. Ale profesja Wrena jednak przemawiała za tym, by Mabel nieco optymistycznej podeszła do swojego pierwotnego pomysłu. Mężczyzna przecież – nawet jeśli nie mógłby jej pomóc – to mógłby jej coś doradzić, a nawet tyle w obecnej sytuacji wystarczyło. Bo Mabel nie czuła się zbyt dobrze w ostatnim czasie i nie chodziło tylko o Adama i ten jego rozwód, który nie mógł dojść do skutku.
Właściwie nie powinna się bać. Mieszkała w rzekomo bezpiecznej dzielnicy. Poza tym facet, o którym mówiła przed laty w podcaście był niewinny, więc chyba nie posunąłby się do zastraszania jej czy zrobienia krzywdy. Mimo to… Mabel zbyt wiele razy wystawiała się na krzywdę, by w końcu się nie nauczyć, że trzeba być przezornym i ostrożnym. Poza tym potrzebowała tylko porady. I to wszystko. A Wren wydawał się ku temu być obecnie najlepszą osobą.
Od niej — oznajmiła z rozbawieniem i przewróciła oczyma. Tak jakby Wren nie był świadomy jakie robił wrażenie na kobietach… — Gdyby to było ode mnie to tak bym też powiedziała — przyznała szczerze, bo bynajmniej nie miała problemu z przyznawaniem się do otwartego flirtu. — Wydaje mi się, że już jest zazdrosna — mruknęła wymownie, bo pani ekspedientka przyglądała jej się z ciekawością i niechęcią zarazem, ale Mabel uśmiechnęła się, gdy poczęstował ją kawałkiem ciasta i w bardzo zmysłowy sposób (dla zabawy oczywiście) zgarnęła jedzenie z widelczyka.
Zaraz jednak zrobiło się nieco poważniej, a Mabel momentalnie zmieszała się na to pytanie. — Tak… To znaczy, oczywiście chciałam się też z tobą ponownie zobaczyć. Zwłaszcza, że czuję, że pierwsza randka mogła pójść znacznie lepiej, gdyby nie moje nastawienie, ale… Mam też pewną sprawę. Pomyślałam, że może będziesz w stanie mi z czymś pomóc — oznajmiła i sięgnęła po kawę, by upić z niej sporego łyka, podczas gdy Wren miał okazję na przetrawienie jej słów.
Wren Rhodes
Prawnik — FITZGERALD & HARGROVE
31 yo — 182 cm
Awatar użytkownika
about
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
Okej, trochę dziwnie było pisać do osoby, z którą się nie miało najlepszych relacji, żeby nie powiedzieć, że nie miało się żadnych relacji, by wykorzystać do bezpłatnej pomocy prawnej. Na pewno jeśli znaliby się lepiej i lubili bardziej, byłoby to bardziej wytłumaczalne. Jednak z drugiej strony, sytuacja, w której znalazła się Mabel, wymagała niekonwencjonalnych środków. Nawet nie po to, aby faktycznie coś zrobić i wciąć sprawy w swoje ręce bo nie zawsze najlepszą obroną był atak (to nie był sport, gdzie chodzi o zdobywanie punktów!). Jednak życie w sytuacji, kiedy nie wiadomo co może się stać, czego się spodziewać i jak się przed tym bronić, może być męczące psychicznie. Wren może nie miał zbyt wysublimowanego poczucia humoru, może nie był najmądrzejszy, jednak starał się być dobrym kumplem, przyjacielem, sąsiadem i tak dalej. Jeśli ktoś go prosi o pomoc, to nie odmawia. Nie mówimy tutaj, że zawsze pomaga, ale stara się, przynajmniej coś.
Wren był dość świadomy tego, jak działał na kobiety, ale Mabel również była kobietą, więc skoro ekspedientka była gotowa posłać mu ciastko, to czemu architektka miałaby tego nie zrobić? -Okej, wierzę-zaśmiał się. No cóż, Rhodes i Fairweather nie byli do siebie podobni, więc z miejsca można było porzucić myśl, że są rodzeństwem. Choć znajomości damsko-męskie istniały i w tym momencie można było uznać, że to nie była randka między tą dwójką.
Wren aż się uśmiechnął, słysząc jak dziewczyna go bajeruje, że chciała się z nim znowu spotkac.-Mabel, Mabel... Wiem, że to... randka? Nazywasz nasze pierwsze spotkanie randką?-trochę się zdziwił. Dla niego to było po prostu spotkanie, zapoznawcze, gdzie nic nie zakładali, ani niczego sobie nie obiecywali. -Nieważne, no nie powiem, coś nie zaskoczyło między nami. I nie będę zwalać tego na Ciebie, bo to bez sensu-przyznał. Uważał, że czasem tak po prostu bywa. Choć fakt, że szatynka nie była jakoś szczególnie dobrze nastawiona, pomimo tego, że dobrze im się pisało na aplikacji, na pewno nie pomagał.-Zapomnijmy o tym, nic się nie stało-zadecydował. Mogło sięwiele wydarzyć, mogła mieć zły dzień, głowa ją boleć, czy coś, a on tak samo padnięty po ciężkim dniu w sądzie, nie był sobą. Nie było to aż tak traumatyczne, aby nie chcieć się z nią jeszcze raz spotkać. -Tylko błagam, nie pytaj co za perfum używam, bo chciałabyś kupić takie same swojemu ojcu na prezent urodzinowy-no cóż, kiedy nie trzeba było, to Wren nie był poważnym i statecznym gościem, nie dało się tego ukryć. Lubił sobie pośmieszkować.

mabel fairweather
niespełniona pani fotograf — tu, tam, wszędzie
27 yo — 167 cm
Awatar użytkownika
about
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
Zbliżał się już wieczór. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem, pozostawiając po sobie bladą łunę, która z każdą, kolejną minutą ginęła, wchłaniana przez granat nadchodzącego wieczoru. Gdzieniegdzie tliły się dogasające ogniska, pozostałości po wycieczkowiczach, chwytających się ostatniego, umiarkowanie ciepłego dnia. Gdzieś tam, wśród niedobitków szykujących się do powrotu była Liv. Naciągnęła kaptur bluzy po łuki brwi, a suwak zapięła pod samą brodę.
Błądziła wśród ulic. Bez celu, idąc drogą znaną tylko swoim stopom, które nadawały kierunek. Zbierała myśli, ale bezskutecznie, bo te lawirowały i wymykały się gdy tylko próbowała je nieśmiało pochwycić. Żadna głębsza analiza nie wchodziła w grę. Zostawało tylko błądzenie, ale nie bez celu. Choć wśród gąszczu sznurków w głowie, nie potrafiła się przedrzeć, to miejsce napawało ją spokojem. Grzechem byłoby nie pozwolić wiedzionym ciekawością nogom obrać nowego kierunku. Odwrócić się i ot tak, zajrzeć do kawiarni, by zbliżający się zmrok nie otumanił zmysłów.
Zajęła miejsce w kącie, z daleka od niepożądanych spojrzeń, a na krześle ułożyła starannie bluzę (na którą było zdecydowanie za gorąco) i torebkę.
Wbrew zdrowym nawykom żywieniowym, jakie próbowała jej wpoić niejedna osoba, zdecydowała się na bombę cukrową, w postaci mrożonej kawy z mieszanką syropów, bliskich przyprawienia o zawał serca. Jej ciało zniosło już pierwszorzędną terapię szokową, którą zafundowała mu w ostatnim czasie, więc wierzyła, że taki mały grzeszek nie zatrzyma nagle akcji jej serca na środku kawiarni. Sęk w tym, że była tak zapatrzona we własny kubek, że nie zauważyła serwetki, którą ktoś zrzucił ze stolika, a gdy jej stopa tylko się z nią zetknęła, nadała jej całej filigranowej postaci takiego pędu, który mogłaby zatrzymać jedynie inna osoba, bądź jej stolik. Huk, który się rozległ kilka sekund później zwiastował wygraną stolika, z którego spadł kubek jego właściciela, a po którym rozlała się ciemna, lepka od cukru maź, którą z namaszczeniem niosła od lady.
- Przepraszam - bąknęła pod nosem, siląc żeby zabrzmieć jak osoba, która rzeczywiście prosiła o wybaczenie, a mnie wkurwiony emeryta, który w przerwie między narzekaniem na śmieci i dzieci, postanowił sprawdzić stan kawiarnianej podłogi. - Ja, eee, odkupię tą kawę. Jak trzeba to i za pralnię zapłacę - i już wzrok zaczęła unosić, by oszacować ewentualne straty (wszak plama pod stolikiem rosła z sekundy na sekundę), ale zamarła, albo to jej serce stanęło i do gardła się poderwało, bo w gruncie rzeczy nie tego spodziewała się.
powitalny kokos
nick autora
brak multikont
- — -
27 yo — 176 cm
about
-
001.
I was there, I remember it all too well
Madeline & Archer
Niespodzianki. Lubiła je, jak większość ludzi na całym świecie, ale niektóre niestety bywały nieco nieprzyjemne i z całą pewnością do tego grona zaliczało się spotkanie z Archerem. Niemal po dziś dzień nie mogła uwierzyć w to co się wydarzyło – co właściwie nadal się działo i miała szczerą nadzieję, że okaże się to być po prostu kiepskim żartem. Zabawnym za to mógłby wydać się fakt, jak wielki wpływ ten mężczyzna miał na jej życie, chociaż tak na dobrą sprawę nigdy nawet nie był jego częścią. Ale był – był dla niej ważny od bardzo wielu lat, chociaż on sam chyba nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Podobnie jak nie liczył się z tym, że bardzo ją zranił, a jej złość na niego – a przede wszystkim chyba zwykłe rozczarowanie jego osobą, potęgowało z każdym miesiącem. Co miała więc powiedzieć teraz? Gdy jakby nigdy nic przyjechał z jej siostrą, do jej domu, aby oznajmić, że nie tylko są parą, ale najprawdopodobniej będą mieli dziecko? Nie wiedziała czy bardziej chciałaby się roześmiać z tego, jak kuriozalna była ta sytuacja, czy być może krzyczeć ze złości. Bo nie płakać, już nie. Dlatego teraz najzwyczajniej w świecie chciała go po prostu unikać, nawet jeżeli – o bagatela, mieli być może zostać wkrótce rodziną, skoro to jednak nie ona była tą siostrą, którą zapragnął mieć. Może zwyczajnie zawsze mierzyła za wysoko, w końcu życie z nim – czy u jego boku, byłoby na pewno dużym wyzwaniem, a pewnie i byłoby niemożliwe dla kogoś, kto chciał pozostać w rodzinnym miasteczku. Jego życie to był wielki świat – sportu, imprez, gwiazd; dla niej coś kompletnie niewyobrażalnego i nieznanego – dlatego nawet pomimo tej wielkiej słabości, jaką żywiła do niego, po prostu musiała zdusić w sobie wszelkie uczucia i… po prostu zapomnieć. Na pewno jednak nie chciała zapominać o złości, którą względem niego czuła i niechęci, którą w niej wzbudzał swoim zachowaniem – nie miał co liczyć na to, że się zaprzyjaźnią i będą jedną, wielką szczęśliwą rodziną. Najchętniej to by ich po prostu unikała – i Archera i siostry, o ile jednak ta druga wyjechała z powodów zawodowych, tak ten pierwszy niestety pozostał w Lorne Bay. Jednakże zapracowana i zabiegana Madeline, zdecydowanie nie miała głowy do tego, by się z nim widywać – bądź by gdziekolwiek na niego wpadać, w końcu do pracy jeździła aż do Port Douglas, gdzie jak sądziła, on sam raczej nie bywał zbyt często, o ile w ogóle. Dlatego ukochana kawiarenka, w której pracowała już od dłuższego czasu, stała się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jej azylem – bezpiecznym miejscem, gdzie te wszystkie wydarzenia po prostu jej nie dosięgały. A przynajmniej tak właśnie wmawiała sobie do dzisiejszego popołudnia, gdy na popołudniowej zmianie obsługiwała kolejne stoliki, ciesząc się tym, że – dla odmiany – klientów było nieco więcej. To jednak w żaden sposób nie ratowało podupadającego lokalu, ku jej wielkiemu rozczarowaniu, bo uwielbiała to miejsce – uwielbiała właściciela i naprawdę chciała zrobić coś – cokolwiek – by pomóc. Ale nie mogła. Mogła jedynie doceniać te małe chwile, w których lokal nieco tętnił życiem, ale nawet to nie trwało długo, bo gdy kolejni klienci opuścili lokal, ten nagle świecił pustkami – bo w kącie siedziała zaledwie jedna, starsza pani. Krzątając się za ladą, usłyszała nagle, że ktoś wchodzi, więc pełna pozytywnego nastawienia, obróciła się w tamtą stronę z ciepłym uśmiechem, mając zamiar przywitać kolejnego klienta. Zamarła jednak w bezruchu, gdy dostrzegła znajomą, męską postać, z którą gdy tylko podzieliła spojrzenie, z jej twarzy szybko zniknął uśmiech. Obserwowała jak mężczyzna podchodzi do pobliskiego stolika i rozsiada się przy nim swobodnie, gdy ona jedynie przeklęła w duchu i niechętnie wyszła zza lady, by tam podejść. Zmroziła go spojrzeniem, przystając tuż obok.
- Co Ty tutaj robisz? – mruknęła z niezadowoleniem, nawiązując z nim kolejny raz kontakt wzrokowy – Nie uwierzę, że trafiłeś tutaj przypadkowo. Akurat tutaj – podkreśliła z sarkazmem dwa ostatnie słowa, zabierając mu z dłoni niewielkiego formatu kartę, którą właściwie sama przygotowywała, a z której można było wybrać zamówienie – Nie rozsiadaj się, jest tutaj naprawdę kilka innych lokali. Idź stąd, Archer – powiedziała nieco ciszej, by przypadkiem nie usłyszała jej tamta klienta, jak również szef, który jak na złość, znajdował się gdzieś na zapleczu. Czy musiała mieć aż takiego pecha? Czy może on robił jej to specjalnie?
powitalny kokos
-
Sportowiec — Obecnie się regeneruje
35 yo — 195 cm
about
Oh ah i eh
To wszystko było nieprzewidywalne. Cała ta kariera, która go mocno przytłoczyła, szybki skok popularności, znalazł się nagle w świecie, którego nie znał. Kiedy jako młody chłopak zaczynał karierę, chciał tylko grać w futbol i nie liczyło się dla niego nic. Z czasem widać było, że woda sodowa mu uderzyła do głowy i nie było to dobre. Inaczej prezentował się na boisku, był bardzo dobry, był jednym z najbardziej wartościowych zawodników ligi i to kilkukrotnie. Zdobył, wydawać by się mogło wszystko czego tylko zapragnął. Tytuł Superbowl, którego tak wielu pragnie. Jednakże w tym wszystkim nie było czasu na założenie rodziny. Przekroczył trzydziestkę na pstryknięcie palcem, a nadal tak naprawdę nie myślał o tym. Liczyła się gra, ale poza grą też znajomości z najlepszymi gwiazdami, Archer błyszczał, też był gwiazdą, miał potężne znajomości.
Jakże więc się zawiódł, kiedy okazało się po wystąpieniu kontuzji, że te wszystkie gwiazdy, to jedynie fałszywe - dwulicowe osoby, które chcą jednie zaznać twojej chwały. Był na bieżąco ze wszystkim, trendy nie były mu obce, technologia szła do przodu, a on za tym wszystkim zwyczajnie w świecie nadążał, bo po prostu tak trzeba było. Od czasu kontuzji naprawdę wiele się zmieniło, do dzisiaj nie jest pewien czy jeszcze kiedyś wróci na boisko. Nie był inwalidą, ale nadal miał zabronione grać, zwyczajnie jakby ktoś mu odciął rękę, bo bez futbolu jak bez ręki, dla niego to było naprawdę wszystko.
Powrót do Lorne Bay był dla niego mistyczny, nie zapomniał o rodzinnych stronach, ale nie odwiedzał ich. Nigdy na to nie było czasu i można powiedzieć, że niczym syn marnotrawny wrócił. Nie oczekiwał, że każdy będzie do niego podbiegać i prosić o autografy, od roku wyleciał z obiegu i teraz skupiali się na innych. Wrócił tutaj - nie sam, a z partnerką, a być może przyszłą matką jego dziecka? Podejrzenie ciąży u Meredith jest dla niego szokiem i jeżeli to tylko się potwierdzi być może osiądzie tutaj na stałe. Sęk w tym, że jego partnerka jest siostrą Madeline Bronson. Osoba bardzo dobrze mu znana, głównie ze wczesnych lat i nawet on nie spodziewał się, że jego powrót tak może wszystko namieszać. Był przekonany, że nie zrobił niczego złego wiążąc się z Meredith. Nie wiedział, że był w błędzie. Siostry za sobą lekko mówiąc nie przepadały, między nimi stał on, był problemem niewątpliwie dla jednej i drugiej. Miał ciężki ciężki charakter, tak naprawdę ten jego związek nie można nazwać zbytnio poważnym. Co z tego, że trwa już dwa lata jak bardziej traktuje to w sposób przyjacielski z dodatkiem. Rzadko kiedy mówi "Kocham Cię" i zwyczajnie wszystko może się odwrócić do góry nogami jeżeli zostanie ojcem, nie chciałby skandalu gdyby nagle rozstał się z Mer, nie zapominajmy, że nadal ma status gracza w lidze, tylko jest kontuzjowany.
Pomijając wszystkie te problemy, czuł się tutaj naprawdę dobrze - powrót na stare śmieci dobrze mu zrobił, regenerował się, czuj się lepiej niż kiedykolwiek, fantastyczna atmosfera, brak zgiełku tych wszystkich ludzi. Brakowało mu tego, jak widać niekoniecznie dążył do tego aby latać na ściankach z tymi najbardziej znanymi. Dzisiaj wybrał się do kawiarni. Bardzo szczególnej dla niego, kiedyś prowadziła ją jego babcia, bądź była współwłaścicielką, nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale to właśnie stąd pamięta najlepsze ciasta. Wpadł na wydawało mu się genialny pomysł - kupi kawiarnie. Nie miał zielonego pojęcia, że tutaj pracuje Madeline bądź po prostu udawał, że tego nie wie. Zwyczajnie był tutaj stosunkowo za krótko aby ogarnąć kompletnie każdą miejscówkę, a naprawdę sporo się zmieniło.
Zajął miejsce przy jednym ze stolików, był tutaj umówiony z właścicielem, oferował naprawdę wiele pieniędzy i wydawać by się mogło że jest to oferta nie do odrzucenia. Właściciel był nieugięty, stąd to spotkanie, miał zamiar go przekonać osobiście. Był więc zdziwiony jak do jego stoliku podeszła Madeline, widać było to zaskoczenie, była to szczera reakcja.
- Maddie? - zapytał, nie wiedząc co powiedzieć. Nawet nie zorientował się, że wyrwała mu z rąk kartę, był autentycznie zdziwiony. - Zaczekaj, pracujesz tutaj? Przecież...nie rozumiem. Jestem tutaj umówiony z właścicielem. Widzę, że się tam krząta. - oznajmił jej szczerze, bardzo ją zdenerwował?
powitalny kokos
jak chcesz
brak multikont
- — -
27 yo — 176 cm
about
-
Spodziewałaby się spotkać tutaj każdego, ale na pewno nie mężczyznę, który gościł obecnie już nie w tych przyjemnych snach z młodości, ale najwyraźniej w jej koszmarze – i to na jawie. Zdecydowanie prościej było udawać, że się zapomniało, gdy głównego sprawcy nie było w pobliżu: on miał swoje życie w wielkim świecie, a ona w ukochanym Lorne Bay. I tak było dobrze. Zbliżenie się do siebie było cholernym błędem, którego szczerze pożałowała, naiwnie licząc wówczas na… na co? Na coś więcej? Z jego strony? Teraz już wiedziała jak niedorzeczne to było i chociaż, gdy tylko zobaczyła go pierwszy raz u boku siostry, te cholerne uczucia zalały ją niczym tsunami, to właśnie równie mocno spotęgowały niechęć i urazę, które do niego żywiła. Najzabawniejsze – ale i chyba najgorsze – w tym wszystkim, z jej punktu widzenia, było to, że Archer właściwie nie miał żadnych wyrzutów sumienia; co więcej, zachowywał się tak, jakby kompletnie nic się nie stało, jednocześnie pokazując się tutaj jak facet jej siostry. JEJ SIOSTRY. Ilekroć tylko przemykało to przez jej myśli, miała ochotę parsknąć niepohamowanym śmiechem, głównie dla własnej głupoty. I zdecydowanie był ostatnią osobą, którą chciałaby teraz oglądać – tutaj, dzisiaj. I gdziekolwiek indziej. Dlatego spoglądała na niego z wyraźną niechęcią wymalowaną na twarzy, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Błagam, nie wciskaj mi kitu. Naprawdę sądzisz, że uwierzę w to, że trafiłeś do kawiarni, w której pracuje, przez przypadek? – parsknęła z ironią – I tak, właściciel jest na zapleczu, więc wyjdź stąd natychmiast, bo nie zamierzam Cię obsługiwać. I nie zmuszaj mnie do tego na oczach mojego szefa – dodała ze złością w głosie, odkładając kartę na stolik, niemniej stanowczo dalej od rąk mężczyzny. Dziękowała w duchu za to, że to akurat był ten moment dnia – i ten dzień, w którym niestety, ale w lokalu panowały pustki. Ostatnim czego by chciała, byłoby robienie sceny na oczach klientów, którzy chyba szczerze ją lubili – i tym bardziej nie chciałaby ich zrazić do tego miejsca.
- Madeline? – usłyszała znajomy głos, sympatycznego, starszego mężczyzny, który wyszedł zza drzwi od zaplecza, więc odwróciła się do niego przodem i wysiliła się na uśmiech, zasłaniając sobą gościa. Gościa, który już wychodził. – Słyszałem, że ktoś przyszedł, czy to… - podszedł bliżej i spojrzał na Archera, na co Maddie się skrzywiła, spoglądając to na jednego, to na drugiego – Dzień dobry, panie Michaels. Niczego Pan jeszcze nie zamówił? Madeline, podaj kawę i to najlepsze ciasto – zaoferował, na co przeklęła w duchu i spojrzał niemal morderczym wzrokiem na nieproszonego gościa, dając mu jasno do zrozumienia, że powinien wyjść. Teraz.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Pan Michaels – zaczęła, podkreślając ostatnie dwa słowa – właśnie wychodzi, prawda?
- Przecież przyszedł porozmawiać o kupnie lokalu. Wiesz, że jeszcze się waham… - dodał właściciel, na co Madeline niemal straciła dech w piersiach, spoglądając z niedowierzaniem na Archera. To po to jest umówiony z właścicielem? To on jest potencjalnym klientem, chętnym kupić lokal i w niego zainwestować? Tym, do którego Maddie przekonywała właściciela, chociaż z bólem serca patrzyła na to, jak ten musi sprzedać swój ukochany lokal, ale przecież ten potrzebował ratunku – i to pilnie. Właściciel spoglądał więc z zaskoczeniem to na jedno, to na drugie, chyba niewiele rozumiejąc z zaistniałej sytuacji.
- A to Madeline, cudowna dziewczyna, bardzo mi pomaga i wszyscy ją tu uwielbiają. Wierzę, że nowy właściciel – westchnął z rezygnacją, mówiąc te słowa – nie pozwoli jej odejść. Naprawdę świetnie sobie radzi – dodał, szczerze się uśmiechając. W związku z tym Madeline miała ochotę po prostu rzucić to wszystko i stąd wyjść, ale on nie musiał wiedzieć, że gdyby tylko stało się to faktem i Archer kupił ten lokal, to ona byłaby ostatnią osobą, która by tu pracowała. Nawet jeżeli kochała to miejsce i tą pracę, a szukanie innej pewnie nie byłoby takie proste.
Archer Michaels
powitalny kokos
-
lorne bay — lorne bay
37 yo — 188 cm
Awatar użytkownika
about
Barbi ja kocham Ciebie
Moja Barbi ja kocham Ciebie
Barbie ja kocham Ciebie
My też kochamy Ciebie

Sytuacja należała do bardzo nietypowych w życiu Obsidiana. Zazwyczaj pochłonięty pracą mężczyzna rzadko wychodził z domu, czego wyjątkiem był zakład jubilerski lub siłownia, na którą uczęszczał pod przymusem utraty opłacanego karnetu. Nie należał do mężczyzn, którzy lubowali się w imprezach ani przelotnych znajomościach, właściwie mając nikłe pojęcie o szeroko opisywanym r a n d k o w a n i u. Już od czasów licealnych można było zauważyć, że daleko mu było do wymuskanego Alvaro, który giętkim językiem i kwiecistą mową potrafił oczarować tabuny cheerleaderek. Siedział na uboczu, a jego interakcje z kobietami ograniczały się do powitań, pożegnań oraz prac grupowych na lekcjach.

Dorosłość nie była lepsza. Los postanowił, że nie podaruje mężczyźnie dobrze rozwiniętych umiejętności miękkich. Niekiedy małomówność Obsidiana uważano za zaletę, wszak podczas konsultacji wystarczyła mu wypełniona ankieta, którą samodzielnie stworzył na potrzeby ograniczania interakcji z klientami. Zwyczajna rozmowa doprowadzała go na skraj wytrzymałości, gdy dochodziło do pytań o pogodę, ulubiony film albo klasyczne "co tam". Dostawał białej gorączki, pocił się niekontrolowanie, o drżących dłoniach nie wspominając.

Wtem, jego bliski przyjaciel powiedział d o ś ć. Widząc tę tragedię w jednym, zbyt długim akcie postanowił złapać byka za rogi - a raczej Goteberga za telefon - i założył mu aplikację randkową. Nie chodziło o codzienne spotkania z inną kandydatką, nie chodziło o znalezienie wybranki życia niczym z bajek Walta Disneya, a nauczenie się rozmowy. Prostej, niezobowiązującej, bez której ludzie nie mieli jak funkcjonować w społeczeństwie. Obsidian niechętnie, ale zgodził się i tak właśnie trafił do kawiarni.

Dziewczyna po paru wymienionych wiadomościach wydawała się bardzo spokojną osobą. Idealną dla raczkującego, aspołecznego samca z gatunku najgłupszych. Miał tylko nadzieję, że będzie dla niego wyrozumiała i nie obleje go gorącą herbatą, jeśli zada zbyt personalne pytanie.

Tak, przygotował się. Wyciągnął z szafy najlepsze jeansy - te bez dziur - oraz czarną koszulę. Biała mogłaby przypominać wystrojenie na apel szkolny albo wesele, za to czerń narzucała iluzję tej prostej acz czystej elegancji. Na palec nałożył własnoręcznie robiony sygnet z soczyście czerwonym rubinem, który mężczyzna nosił od lat. Był to symbol rozpoczęcia pracy w zakładzie odziedziczanym po ojcu oraz jego pierwsza praca bez ciągłego nadzoru. Trzymał się, był solidny i pięknie oszlifowany, czemu przyklasnął nawet rodziciel Obsidiana.

Wracając jednak do spotkania, postanowił wziąć ze sobą niewielki prezent. Postawił na kwiatka w doniczce, bo te zrywane do bukietów bardzo szybko upadały. Jego zdaniem roślina doniczkowa mogła być zwiastunem dłuższej relacji, niezależnie od natury. Przygotowany na kompromitację przyszedł dziesięć minut przed czasem i zajął stolik. Miał nadzieję, że na zdjęciach wyglądał podobnie do siebie i wybranka losu nie usiądzie obok rudego, grubego nastolatka usadowionego po drugiej stronie sali. To byłoby jeszcze bardziej demotywujące.




Astra Lynn Walsh
powitalny kokos
Lumberjack
brak multikont
ODPOWIEDZ