23 yo 165 cm organistka w kościele
Awatar użytkownika
about
Sierota grająca w kościele, którą ludzie z Lorne Bay mają za przeklętą wiedźmę z lasu i ona sama także w to wierzy. Zsyła na innych jedynie nieszczęście, więc nic dziwnego, że jest całkiem sama.
ROZDZIAŁ I
“Były dwie siostry, noc i śmierć”
Nigdy nie wiedziałam, gdzie zaczęła się moja historia… ani w którym momencie pogodziłam się z tym, że tej nigdy nie poznam. Jeśli jednak dane byłoby mi wiedzieć o wszystkim, co by to zmieniło? Byłam tylko pyłem, bynajmniej magicznym… ziarenkiem kurzu, jakie z ubrań strzepują ci więcej warci - nic nie mogłam. Nie było we mnie żadnej siły sprawczej.
Rodzice wyczekiwali nas praktycznie przez dziewięć miesięcy. Najpierw po prostu dziecka, później, gdy czas pozwolił to zweryfikować - dwójki dziewczynek. Ostatnie dni ciąży przypadły na święta Bożego Narodzenia, pewnie już wtedy na mnie i moją siostrę czekały pierwsze prezenty pod choinką. Ostatni dzień w roku miał być leniwy, nie planowali niczego specjalnego, za to ja i moja siostra owszem. Zapadła noc i wtedy wszystko się zaczęło. Krzyki, pośpiech, łamanie przepisów drogowych, uspokajające wołanie ojca, który sam musiał być spanikowany. Obiecywał, że będzie z nią przez cały czas i kilka godzin później, trzymał już w ramionach moją siostrę. Zażartował, że spieszyła się przed nowym rokiem, ale zamiast chichotu wymęczonej matki, usłyszał głośne jęknięcie, przerażające odgłosy aparatury, a w tym wszystkim nerwowe polecenia położnej. Nie wiedział, co się działo, nie zdążył zapytać. Krzyknęła, by jej nie zostawiał, ale personel po zabraniu mu pierworodnej, wyrzucił go na korytarz. Minęły długie godziny, sądził, że te od przyjazdu do porodu pierwszej córki już się dłużyły, ale dopiero teraz wiedział, jak wolno może płynąć czas. Może już wtedy przeczuwał, jaki będzie finał tej opowieści? Wtedy, gdy dostrzegł swoje zmarnowane odbicie w szybie, za którą rozbłysły tysiące fajerwerków. Cały świat świętował, gdy on swój własny świat tracił… i nic nie mógł zrobić.
To, że przeżyłam poród było cudem. To, że go przeżyłam było moim przekleństwem. Moje pierwsze tchnienie odebrało te należące do mojej matki i chociaż nie zrobiłam tego świadomie, winy nie miały zostać mi odpuszczone. Jej śmierć ugodziła w ojca zbyt mocno, gdybym znała prawdę, zrozumiałabym go. Byłam przekleństwem, a przekleństw nie zabiera się ze sobą, nie pielęgnuje, nie darzy miłością. Dlatego mnie zostawił, zabierając tylko moją siostrę.


ROZDZIAŁ II
“O krok od szczęśliwej rodziny”
Mogłam żyć, nie wiedząc nawet o tragedii, jaka miała miejsce w dniu moich urodzin. Adoptowano mnie na tyle szybko, bym bez problemu dorastała w przeświadczeniu, że jestem biologicznym dzieckiem państwa Reed. Byłoby to jednak zbyt piękne, a ludziom przeklętym piękno nie przysługuje. Nie mogli mieć własnego dziecka, starali się o mnie i w końcu z nimi zamieszkałam, miałam wtedy niecały rok. Na początku było nawet dobrze, potem zaczęło się psuć, gdy pan Reed stracił pracę. Jego partnerka, bo nawet nie żona, zostawiła go przed moimi czwartymi urodzinami. Już wcześniej w kłótniach wiele razy padały słowa, że nie jestem ich dzieckiem, że trzeba było mnie nie brać. Na tyle na ile mała dziewczynka mogła zrozumieć, na tyle rozumiałam. Mógłby mnie oddać, ale byłby głupcem… zasiłki, jakie na mnie pobierał zaczęły stanowić nasze główne utrzymanie, więc miał motywację, by w chwilach, w których musiał - udawać przykładnego, samotnego ojca. Kiedy dokładnie powiedział mi, że zabiłam własną matkę? Że przez to mój prawdziwy tata mnie porzucił? Nie wiem, pewnie w jakiejś kłótni, ale kiedy dokładnie? Może podświadomie wiedziałam to od zawsze?
Pan Reed, człowiek, którego siłą rzeczy uważałam za ojca, szedł na dno, jak kamień rzucony w wodę. Czasem znajdował sobie jakąś kobietę, sprowadzał ją do domu i razem pili śmiejąc się głośno, paląc papierosy śmierdzące podłej jakości tytoniem. Pod koniec miesiąca, gdy pieniądze zaczynały się kończyć, panie te zwykle znikały. Żadna nie miała stać się dla mnie mamą, ale może to i lepiej. Kiedy zaś zalegały u nas zbyt długo, a ja podrosłam na tyle, by nie bać się w pojedynkę opuścić domu, wymykałam się by zobaczyć morze. Śniłam, że gdzieś tam jest mój ojciec, że po prostu zaginął wśród fal i nie może znaleźć do mnie drogi, ale szuka… szuka bezustannie. Dziecięce mrzonki, ale wówczas nic poza nimi nie miałam.


ROZDZIAŁ III
“Krucha, jak słodki herbatnik”
Dorastałam pozostawiona samej sobie, bo z czasem opieka społeczna po prostu przestaje doglądać adoptowanych dzieci. Mojemu ojcu było to na rękę, jego jedynym zajęciem stało się picie i wyżywanie na mnie frustracji, które stale się w nim mnożyły. Nosiłam za małe ubrania, często brudne i zdezelowane, więc dzieci szybko zaczęły się trzymać ode mnie z daleka. Zrozumiałam, że lepiej schodzić innym z drogi, bezpieczniej pozostać na uboczu, niż narażać się na ataki ze strony rówieśników. W domu brakowało wszystkiego, jeśli to miejsce można w ogóle nazwać domem… prędzej starą chatą, ledwo przystosowaną do życia. Często chodziłam głodna, ale nigdy się nie skarżyłam, tym bardziej, że ojczym zapewniał, że poza nim nie mam nikogo i powinnam za to dziękować. Bardzo chciałam mieć jeszcze kogoś… Zapytałam kiedyś dlaczego mam inne nazwisko, by w pijackim bełkocie zrozumieć, że noszę te, które należało do kobiety, która mnie urodziła. Uczepiłam się tej myśli, jak ratunkowego koła. Wiedziałam, że nie żyła, że była z miasteczka i nosiła to samo nazwisko… wystarczająco dużo, by w chwilach, w których pan Reed zasypiał na kanapie, wymykać się na cmentarz i szukać odpowiedniego grobu. Tam też poznałam siostrę Marthę. Za pierwszym razem, gdy mnie zauważyła, uciekłam w popłochu. Za drugim… poczęstowała mnie herbatnikiem. Wówczas wydawało mi się to najwspanialszym posiłkiem, jaki mogłam sobie wyobrazić - słodki, chrupiący herbatnik. Wyjaśniła, że na plebanii ma ich więcej, że mogłabym przyjść na obiad. Odmówiłam, ale kolejnym razem nie było już we mnie takiej siły woli. Siostra Martha była pierwszą osobą w moim życiu, która faktycznie się o mnie troszczyła. Pomogła znaleźć grób mojej matki, karmiła mnie każdego dnia, dała może nie nowe, ale na pewno będące w lepszym stanie ubrania, pomagała z nauką, z którą naprawdę byłam do tyłu. Kochałam ją. Żałowałam, że nie mogę zostać z nią na zawsze, ale siostra Martha przede wszystkim była zakonnicą, przemawiały przez nią zasady chrześcijaństwa, które próbowała mi wpoić. Tłumaczyła, że muszę miłować swojego ojca, opiekować się nim, dobrze mu życzyć. Nie lubiłam o nim rozmawiać, wolałam gdy uczyła mnie grać na organach, mówiła, że mam dobry słuch… nikt wcześniej mnie nie chwalił. Uczepiłam się tej myśli i trenowałam pod jej okiem pilnie, chcąc by była ze mnie dumna, bym przestała być jedynie problemem.



ROZDZIAŁ IV
“Ofiary jej decyzji”
Nigdy nie miałam zbyt wielu perspektyw, decyzja o wstąpieniu do zakonu przyszła więc naturalnie. Mogłabym tam zacząć z czystą kartą, nikt by mnie nie wytykał palcami, nie wyśmiewał się z mojego ojczyma, nie nazywał tą niechcianą, która zabiła własną matkę. Marzyłam o opuszczeniu Lorne Bay, a pan Reed musiał to przeczuwać. Od jakiegoś czasu pracowałam w kościele jako organistka, pieniądze, które zarabiałam mogłam jedynie donieść do domu, by tracić je na rzecz mężczyzny. No, ale dobra córka się nie skarży, dobra córka dba o ojca, byłam mu to winna, przygarnął mnie, dał rodzinę, kiedy byłam sama. Tak tłumaczyli mi to ludzie wiary. Zabawne, że właśnie dzięki nim trwałam przy tym mężczyźnie, a mimo to w dniu, w którym oznajmiłam, że wyjadę i złożę śluby, wydarł się na mnie, krzycząc, że nigdzie mnie nie puści, że moje miejsce jest tutaj. Zamachnął się nie pierwszy raz, ale był na tyle pijany, by cios ledwo o mnie zahaczył. Uznałam, wbrew temu, czego uczył kościół, że zataję tę rozmowę przed siostrą Marthą, jeszcze byłaby gotowa stwierdzić, że powinnam posłuchać człowieka, który jako jedyny stanowił moją rodzinę. Wydawało mi się, że to niewielki grzech, nawet nie kłamstwo, ale miałam szybko przekonać się o tym, jak bolesne mogą być kary za przewinienia, jakby całe moje życie jeszcze mnie tego nie nauczyło.
Siostrę Marthę znalazłam w kościele. Miała szeroko otwarte oczy, ale nic już nie widziała. Nie wiem ile czasu siedziałam na posadzce, trzymając w ramionach jej chłodne ciało, błagając, żeby się obudziła. Znalazł mnie ksiądz, który w przeciwieństwie do mnie natychmiast zawołał pomoc. Niefortunny wylew - w tych dwóch słowach można by zamknąć tą opowieść, ale w miasteczkach takich, jak Lorne Bay plotki roznoszą się szybko. Ludzie już wcześniej patrzyli na mnie podejrzliwie, od czasu śmierci siostry Marthy zaczęło to eskalować. Jakby wisiało nade mną jakieś fatum, jakby jej śmierć była moją winą. Może była? Sama nie byłam już pewna, straciłam wszystko co miałam, więc pozwalam ludziom szerzyć plotki. Wytrzymałam rok, wmawiając sobie, że to znak z góry, że powinnam zostać przy ojcu… aż do nocy, kiedy wrócił w gorszym stanie, niż kiedykolwiek przedtem. Uderzył mnie mocniej, bo skończyły się pieniądze, a on przegrał te, które zarobiłam w tym miesiącu. Miałam dziesięć dolarów ukrytych w poszewce na poduszkę, zabrałam je wieczorem, spakowałam się, zostawiłam list, w którym przepraszałam i po prostu uciekłam do portu. Kutry rybackie wyruszały o świcie, ale tego dnia mało kto chciał opuścić przystań. Pamiętny 5 maja 2014 roku… ostatecznie namówiłam niewielką załogę, obiecałam im moje dziesięć dolarów, które oceniając mój stan, kazali mi schować. Wypłynęliśmy na morze, od pierwszej chwili coś było nie tak, fale wyższe, niż kiedykolwiek przedtem - tak wołał jeden z załogi. Chyliło nas na wszystkie strony, aż ostatecznie ja i jeden z mężczyzn wypadliśmy za burtę. Prąd porwał nasze ciała nim rzucono nam koła ratunkowe, słona woda wdzierała mi się do płuc i naprawdę nie wiem, dlaczego wówczas nie utonęłam. Nie wiem też w który momencie straciłam z oczu marynarza. Opadałam z sił i sądziłam, że już po mnie, że to koniec, byłam na to gotowa, miałam być w końcu wolna… a mimo to ocknęłam się na innym statku. Wycieczkowym, walczącym o to, by dobić do portu, ale kurs zbyt blisko brzegu w takim sztormie stanowiło głupotę. Wyciągnęli mnie z wody tylko po to, by niewiele później rozbić się na rafie. Cztery osoby z załogi zginęły, wielu było rannych i w tym wszystkim ja - przemoczona, zziębnięta, ale bez żadnego uszkodzenia, jakby to wszystko, cały ten kataklizm wcale mnie nie dotyczył.
Gdy w końcu nas ocalono, opowiedziałam o wszystkim miłemu funkcjonariuszowi policji. Myślałam, że mogę mu zaufać. Dał mi koc i ciepłą herbatę, zapewniał, że jestem bezpieczna, a jednak gdy wyjaśniłam, jak znalazłam się na morzu, wszystko się zmieniło. Twarz mu stężała, zawołał kilka osób, a potem… potem plotkom nie było końca. Nigdy nie zapomnę o tym, ile osób wówczas zginęło, nawet gdybym chciała, w Lorne Bay byłoby to niemożliwe, co roku śmierć załogi z kurta i czwórki turystów upamiętnia Noc Ciszy. Ludzie oddają hołd zmarłym, a ja… umacniam się w wierze, że jestem przeklęta.


ROZDZIAŁ IV
“Ta przeklęta, której lepiej unikać”
W wieku siedemnastu lat straciłam już złudzenia. Sama byłam pewna, że coś jest ze mną nie tak, że powinnam trzymać się z dala od ludzi nie dla swojego bezpieczeństwa, ale dla ich własnego. Z jakiegoś powodu każdemu przynosiłam nieszczęście, może moje życie miało być pokutą za śmierć mojej matki? A mimo to w tym wszystkim znalazł się jeden człowiek, który gotowy był mi pomóc… chociaż nie miałam prawa nikogo na siebie skazywać, zaufałam mu. Czasem przychodził po prostu porozmawiać, czasem przynosił zakupy, które wstyd było mi przyjąć, chociaż naprawdę ich potrzebowałam. Dzięki niemu przestałam marzyć o ucieczce, na którą drugi raz i tak bym się nie zdobyła. Opiekowałam się więc ojczymem, który na to nie zasługiwał, aż którejś nocy, niespełna rok temu, po prostu nie wrócił. Policja nie znalazła jego ciała, w mieście mówiło się, że skończył jako posiłek dla krokodyli, a nawet, że ja sama się do tego przyczyniłam. Nie wiem, jak można kogoś oskarżyć o takie okropieństwa, ale i tym razem nie próbowałam oczyszczać swojego imienia. Nie umiałam już o siebie walczyć i to raczej się już nie zmieni. Po prostu żyję na uboczu, unikam ludzi i robię co w mojej mocy, by świat o mnie zapomniał.

Ciekawostki:
- Przyszła na świat ze starszą o kilka godzin siostrą bliźniaczką, jednak nie ma o tym pojęcia. Po tym jak w czasie porodu Diviny jej matka umarła, ojciec z rozpaczy zabrał pierwszą córkę i odszedł.
- Ludzie od zawsze trzymali się od niej z daleka z powodu wielu tragedii, których była świadkiem. Największą z nich było uczestnictwo w wydarzeniach, które upamiętnia Noc Ciszy. Od tego czasu wiele osób uważa ją za przeklętą.
- Unika ludzi, boi się do nich wychodzić, ponieważ ci nie traktują jej dobrze. Poza tym sama nie chce nikogo skrzywdzić, bo tak jak inni wierzy, że coś z nią jest nie tak.
- Żyje w starej chacie w niebezpiecznej części Sapphire River, a mimo to nie boi się opuszczać jej późną nocą. Chyba sama prosi się o śmierć, a ta jak na złość nie przychodzi.
- Ledwo wiąże koniec z końcem. Pracuje jako organistka, a po śmierci ojca zostały jej długi do spłacenia, które ten pijak przez lata zaciągał.
- Nie ma przyjaciół, nie jest typową młodą kobietą, nigdy nie była na żadnej imprezie, nie pije, nie pali, nie była w żadnym związku, nie prowadziła samochodu, nie malowała się. To osobliwy odludek.
- Przez sytuację rodzinną ledwo radziła sobie w szkole. Jej jedynym talentem jest ten muzyczny, potrafi grać na organach i pianinie, a przy tym ma - jak na ironię - iście anielski głos.
- Jest dobrą gospodynią domową. Poza tym zna się na roślinach.
- Ubiera się raczej dość kiepsko, bo w to, co akurat dostanie z darów kościelnych. Nie ma z tym większego problemu, w końcu i tak praktycznie nie opuszcza lasu i terenów kościelnych.
- Chciała wstąpić do zakonu, głównie przez to, że nie miała dla siebie żadnych innych perspektyw. Jest wierząca, bo tak ją nauczono, ale przy tym jest pewna, że Bóg jej nienawidzi, więc ich relacja jest skomplikowana.
- Ma problem z okazywaniem emocji, bardzo rzadko się śmieje, bo życie zwyczajnie jej tego nie nauczyło. Denerwować też się nie potrafi... jakby była wyprana z podstawowych odczuć.
- Cierpi na silną bezsenność w wyniku koszmarów, które męczą ją od dzieciństwa, dlatego często późną nocą zamiast leżeć w łóżku, woli przechadzać się po lesie.
- Często, gdy ma gorszy dzień, przychodzi do kościoła, żeby pograć na organach poza nabożeństwem. Kiedy zaczynała to robić, niejedną osobę w środku nocy przyprawiła o zawał, teraz miejscowi są przyzwyczajeni.
- Złośliwi, w szczególności dzieci i młodzież, wołają czasem na nią "Matka Lucinda", co ściśle nawiązuje do jednej z legend Lorne Bay.
- Podobnie też zdarza się, że ktoś wybija jej okna w domu, bądź w jakiś inny sposób dewastuje jej własność.
- Nigdy nie opuściła Lorne Bay i szczerze wierzy w to, że gdyby spróbowała, stałoby się coś okropnego.
Divina "Viny" Norwood
1.01.1998
Lorne Bay
Organistka
Kościół Saint Mary's
sapphire river
panna, heteroseksualna
Środek transportu
Tylko pieszo.

Związek ze społecznością Aborygenów
Nie ma pojęcia o swoich korzeniach, ale tak jak od wszystkich, tak też od Aborygenów woli trzymać się z daleka.

Najczęściej spotkasz mnie w:
W Kościele, na cmentarzu, późną nocą przemierzającą lasy, bądź wczesnym rankiem na klifach. Byleby z dala od ludzi. Nigdy nie opuszcza Lorne Bay.

Kogo powiadomić w razie wypadku postaci?
Na ten moment nikogo.

Czy wyrażasz zgodę na ingerencję MG?
Tak, ale proszę mnie nie zabijać i trwale nie okaleczać.
Divina Norwood
Lily Collins
100 yo 100 cm lorne bay lorne bay
Awatar użytkownika
about
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky
And as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
witamy
Cieszymy się, że jesteś z nami! Możesz już teraz rozpocząć swoją przygodę na forum. Przypominamy, że wszelka niezbędna wiedza o życiu w niezwykłej Australii znajduje się w przewodnikach, przy czym wiadomości podstawowe odnajdziesz we wprowadzeniu. Zajrzyj także do działu miasteczko, by poznać Lorne Bay jeszcze lepiej. Uważaj na węże, meduzy i krokodyle i baw się dobrze!
mów mi: lorne bay
zaradny kameleon
Zablokowany